Archiwum

Tag Archives: zdarzenia

h6

Hawr, brama od strony plaży

Miasto Hawr zostało przekształcone podczas II Wojny Światowej przez niemieckich okupantów w bazę wojskową, a następnie ogłoszone twierdzą – podobnie jak Wrocław. Podczas serii alianckich nalotów port, jak i centrum, zostały zmiecione z powierzchni ziemi. Wkrótce centrum odbudowano pod kierunkiem Augusta Perreta – jednego z najważniejszych francuskich architektów.

Hawr, plac wejściowy do budynku mieszkalnego

Hawr, plac wejściowy do budynku mieszkalnego

Kilkukondygnacyjne, podobne do siebie budynki tworzą hierarchiczny system ulic, dziedzińców i placów. Ważniejsze miejsca podkreślone są wyższymi prostopadłościanami i większymi przestrzeniami. Szpalery drzew, Hotel Miejski z  fontanną, liczne skwery i kanały dopełniają krajobraz miasta.

h9

Hawr, jeden z dziedzińców

Widać tu rękę wybitnego architekta. Ta ręka, która prowadzi ołówek wzdłuż linijki, jest niewidzialną dominantą miasta. Nie przewyższy jej nawet wspaniała wieża kościoła św. Józefa. Chodząc po Hawrze, mam wrażenie deptania ogromnej deski kreślarskiej należącej do wielkiego Perreta.

Hawr, Hotel Miejski

Hawr, Hotel Miejski

Echa projektu widać w odbudowie Wrocławia (ul. Świdnicka), a także w koncepcji Macieja Nowickiego na centrum Warszawy z 1945. Czy stolica miała szansę wyglądać podobnie? Hawr wydaje mi się tym dziwniejszy, ponieważ mam wrażenie, że nie mógł być zbudowany. Że powinien jak niezliczone inne projekty pozostać koncepcją odrzuconą przez władze, że w czasie powstawania powinna zmienić się koniunktura albo obowiązujący styl, że realizacja powinna być przerwana i uzupełniona przez mniej zdolnych architektów, niezgodnie z oryginalnym założeniem.

h2

Hawr, arkady w centrum

A jednak się udało. I dlatego Hawr nie jest podobny do innych miast europejskich, które zlewają się w magmę. Ulicami chodzą tu ludziki do makiet.

h8

Hawr, kościół św. Józefa

Architektura przyszłości to coraz mniejsze zużycie energii podczas budowy i użytkowania obiektów, jeszcze krótszy czas powstawania dokumentacji, drukowanie trójwymiarowych elementów konstrukcji, wykorzystanie dronów do wnoszenia wieżowców itp. Być może to już dużo, ale pytanie czy wystarczająco dla przyszłego użytkownika architektury.

Pewne tropy przyszłości mniej związane z budownictwem możemy wyłapać w magazynach takich jak Architectural Design albo Volume, gdzie redaktorzy skupiają się interaktywności przestrzeni, aspektach gospodarczo-politycznych lub tematyce dość luźno związanej z profesją, tak różnej jak protezy czy podboje kosmiczne. Sami projektanci wydają się być najsłabszym ogniwem tej układanki – ich deklarowana nowatorskość częściej wynika z braku wiedzy historycznej bądź jest zwyczajną auto-promocją, a nie autentycznym odkryciem.

Najbliżej tematu architektury i zagadnień organizacji przestrzeni wydają się być badania dotyczące nowych systemów funkcjonujących w metropoliach, a także – co dość oczywiste – obserwacje socjologiczne. Jak pisałem na blogu w 2011, miasta od zawsze były motorem postępu przede wszystkim dzięki zachodzącej w nich interakcji społecznej. Dynamiczny przepływ informacji od wieków sprzyjał rozwojowi pomysłów i ich wprowadzaniu w życie. Nowe, tanie i  upowszechnione rozwiązania (komórki, pady, laptopy) będą umożliwiać nam jeszcze lepsze wykorzystanie skupisk miejskich. Szybki i prosty kontakt między mieszkańcami już dziś umożliwia nie tylko zabawę i konsumpcję (flashmoby, groupon), ale także rozwiązywanie problemów i wpływ na politykę (arabska wiosna ludów). Dzięki nowym systemom sprzyjającym indywidualnej aktywności możemy omijać korki, spalać mniej paliwa czy nawet zużywać mniej wody. Dodać można, że dzięki rozwijającym się sieciom interakcji, powstają programy pozwalające określić w mieście np. epicentra grypy albo w oparciu o zebrane dane z telefonów przewidzieć zachorowanie danej osoby na cukrzycę.

Jakie opisany wyżej przepływ idei może mieć oddziaływanie na organizację przestrzeni, na architekturę? Tę zależność przybliżył w ostatnim numerze Świata Nauki 12/2013 Alex Pentland z MIT. W artykule pt. Nowe wspaniałe społeczeństwo napisał:

W połowie XIX wieku dynamiczny rozwój miast, napędzany rewolucją przemysłową, stał się źródłem społecznych problemów i ekologicznych zagrożeń. W odpowiedzi stworzono scentralizowane sieci, by zapewnić mieszkańcom czystą wodę, energię i bezpieczną żywność… Obecnie te liczące już ponad wiek rozwiązania nie przystają do dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości.

Pytanie czy dzisiejsza architektura przystaje do rzeczywistości, skoro funkcjonalizm wypracowany na początku XX w. , lekko przełamywany przez wizjonerów (np. Parent i Virilio, Price, Tschumi), zakonserwował się tylko w masce postmodernizmu i jest wszechobecny do dziś. Pentland przytacza badania, które dotyczą zachowań w korporacjach, ale bez wątpienia rzucają światło na dzisiejsze problemy architektoniczne. Jedno z nich dotyczy Bank of America, gdzie w pewnym dziale pracownicy mogli wychodzić na przerwę wyłącznie pojedynczo. Po zmianie tego zarządzenia na prośbę badaczy, okazało się, że po spotkaniach przy kawie zatrudnieni po prostu są bardziej wydajni. Oczywiście nie chodzi wyłącznie o podwyższenie zysków, ale także o polepszenie relacji międzyludzkich, rozwinięcie wiedzy, wymianę doświadczeń. Spotkania w różnych grupach pozwalają na lepszy przepływ idei. Pentland stwierdza jednoznacznie: 

Nawiązywanie nowych kontaktów międzyludzkich jest miarodajnym wskaźnikiem innowacyjności i kreatywności.

Wniosek z tego jeden – nieformalne spotkanie ludzi to podstawa. Być może to truizm, przecież choćby Samuel Beckett pisał, że rozmowa jest najistotniejszą formą przeżywania. Ale dziś rozmowa wcale nie równa się spotkaniu. Badania dowodzą, że nie wystarczają kontakty przez Internet czy telefon komórkowy. Ważne jest fizyczne spotkanie i to nie w zamkniętym gronie. Wychodzenie poza własne kręgi, pokój, klasę, biuro pozwala na zaczerpnięcie nowych idei od innych, zewnętrznych rozmówców . Jak dowiadujemy się z badań, a sami przekonujemy się o tym na co dzień, poszukiwanie inspiracji poza zgranym zespołem roboczym przyczynia się do lepszych efektów twórczych.

Nie bez znaczenia wydają się również dowody, że inteligencja ludzi rośnie równomiernie co 10 punktów na pokolenie w testach Wechslera (oznacza to ponad 120 jednostek od połowy XX w. do dziś). Dotyczy to nie wiedzy, ale wyłącznie myślenia abstrakcyjnego i umiejętności rozpoznawania podobieństw. Efekt ten wynika z wykorzystania nowych technologii i ogólnego przyspieszania życia oraz naszego dostosowania się do dynamiki rzeczywistości. Przypuszczać można, że wymiana informacji przy wysokiej inteligencji koncepcyjnej ludzi nabiera jeszcze większego znaczenia – poprzez odnoszenie doświadczeń innych do swoich, umiejętność porównywania problemów i znajdowania analogii między określonymi faktami, będziemy mogli być bardziej innowacyjni i twórczy.

Jak może funkcjonować miejsce spotkań w przyszłości? W tej kwestii znaczącą rolę będą prawdopodobnie odgrywać wspomniane sieci interakcji, które pozwolą na określenie lokalizacji tych miejsc, ich pojemność, dynamikę, płynność. Najistotniejsze jednak z punktu widzenia dzisiejszego architekta – jest pytanie o ich charakter przestrzenny. Cechy dobrego miejsca spotkań scharakteryzował, podczas otwarcia Regionalnego Centrum Turystyki Biznesowej we Wrocławiu w 2011, Rob Davidson z University of Greenwich w Londynie. Określił on dwa podstawowe kryteria, które powinna spełniać dobra przestrzeń z punktu widzenia jego dziedziny – turystyki biznesowej, opierającej się na spotkaniach specjalistów. To elastyczność i niepowtarzalność. A są to przecież hasła aż nadto znane architektom, którzy zmagają się z potrzebą wielofunkcyjności i tożsamości od dekad. Ujęte w nowym świetle mogą one jednak stać się kluczowe w nawiązywaniu relacji międzyludzkich w przyszłości.

Miejsca spotkań najprawdopodobniej będą maksymalnie zróżnicowane w zależności od kontekstu i charakterystyki społecznej miejsc. Interakcja nie może być wymuszona, ani zamykać się do wąskiej, zamkniętej grupy. Dlatego na pewno nie będą to rozwiązania systemowe ani narzucane centralnie – takie próby już znamy. Za przykład mogą posłużyć tu radzieckie kluby robotnicze z początku wieku, które miały służyć krzewieniu idei komunizmu – stanowić ówczesną sieć interakcji na miarę potrzeb porewolucyjnej Rosji. Z czasem stały się po prostu pijalniami wódki. Innym przykładem są dawne KMPiK – popularne empiki – księgarnie, którym towarzyszyły kafejki. One nie wytrzymały rzeczywistości wolnorynkowej.

Podstawowym czynnikiem spotkania jest nieformalność. Wpisanie do programu budynku kolejnego pomieszczenia o określonej z góry funkcji nic nie da. Nieformalność oznacza całościowe zmiany w działaniu architektury. Tu właśnie chodzi o przełamanie dogmatu funkcjonalizmu na rzecz potencjału użytkowego – działanie budynku nie ma być z góry narzucone, ale umożliwiać zaistnienie różnych programów. W tym tonie wypowiadał się np. holenderski architekt Kees Christiaanse w artykule Miasto jako loft. Dowodził w nim, że budynki publiczne mogą powstawać bez programu, a później dopiero być dynamicznie adaptowane do różnych potrzeb i pragnień, co wyraził prostym hasłem Fuck the programme.

Podsumowując, nowa architektura spójna z dynamicznie zmieniającym się społeczeństwem może stwarzać możliwości lepszej i częstszej wymiany opinii, wiedzy i emocji. Pewne zwiastuny takiego podejścia są już widoczne. Jednym z najbardziej znanych i charakterystycznych przykładów są pokazowe biura Google, które nie ograniczają się wyłącznie do infrastruktury pracy. W wielu współczesnych budynkach możemy zauważyć, jak ludzie wykorzystują przestrzeń w sposób luźny i nieformalny. Przykładem jest choćby wejście do Tate Modern w Londynie– wielka pochylnia, po której dzieci się turlają, inni kładą się na niej, siadają, jedzą śniadanie, rozmawiają. Nie jest to już hol, ani foyer ale po prostu elastyczna i charakterystyczna przestrzeń publiczna. Innym zwiastunem zachodzących w architekturze zmian zdają się być także squaty, o których pisałem wcześniej w artykule Same wątpliwości.  

Jest wiele pytań dotyczących nieformalnych miejsc spotkań – o ich lokalizację, kształt, organizację, na które odpowie prawdopodobnie przyszłość. Jedno jest pewne: zamykanie się w pomieszczeniach i poruszanie między nimi – pokoje i korytarze, sprowadzające architekturę do maszynek funkcjonalnych, nie są na miarę naszych czasów. W przyszłości architektura będzie się wyluzowywać i stwarzać nowe możliwości różnych form spotkań, uciekając od płaskiego i krótkowzrocznego funkcjonalizmu…

Paradoksalnie jednak przyszłość architektury może okazać bardziej prymitywna niż myślimy (Sou Fujimoto, Primitive Future; Superstudio, Continuous Monument) i przez to bardziej naturalna. Tak jak telefony, komputery i konsole, które dzięki nowej technologii, stają się coraz bardziej intuicyjne, czego najlepszym przykładem są ekrany dotykowe albo komendy ruchowe w grach wideo. W końcu trzeba pamiętać, że 99% czasu swojego istnienia ludzkość spędziła żyjąc w grupach na sawannie. 

Neandertalczycy

Druga część cyklu o architektach prawie nieobecnych w mediach.

Źródeł inspiracji pracowni fold z Wrocławia można doszukiwać się w projektach takich architektów jak Toyo Ito czy William Alsop, ale można dopatrzeć się również związków z Morphosis czy Bolles & Wilson. Pod względem teoretycznym czerpali od Bernarda Tschumiego czy, jak wskazuje nazwa biura, Gillesa Deleuzea, w podejściu projektowym można znaleźć również ślady sytuacjonistów i Guya Deborda. Mamy tu więc do czynienia z architekturą podporządkowaną: dynamice ruchu, przenikaniu się zróżnicowanych przestrzeni i nienachlanie poetyzującej estetyce.

ZUS, proj. fold, 1998.

ZUS, proj. fold, 1998.

Działania pracowni fold sięgają wczesnych lat 90., kiedy we Wrocławiu królował tzw. ekspresjonizm eklektyczny. Byli jednymi z młodych architektów, którzy nie zgadzali się z gwardią postmodernistów z korzeniami w Kuwejcie. Bliżej im było do niemieckiej racjonalności i lekkości architektury Guntera Behnischa. W odróżnieniu od swoich starszych kolegów studiowali w Niemczech, Danii czy Londynie. Trudno wtedy jednak było przekonać inwestorów do bardziej powściągliwych i współczesnych rozwiązań.

Biblioteka Uniwersytetu Wrocławskiego, proj. fold, 1999.

Biblioteka Uniwersytetu Wrocławskiego, proj. fold, 1999.

Jedne z bardziej wyrazistych projektów tamtych lat to biurowiec dla ZUSu (1998) czy koncepcja konkursowa Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu (1999). Istotną częścią obu projektów jest przestrzeń publiczna, która stanowi przedłużenie otoczenia, pozwalając płynnie przejść do wnętrza przez strefę buforową i dalej, dzięki pochylniom na wyższe kondygnacje, które są otwarte na zasadzie antresol.  Podobnie jak Biblioteka Uniwersytecka, tak Biblioteka Politechniki Wrocławskiej (1995) wchodzi w bardzo dynamiczną relację z otoczeniem, mając na celu poruszenie kontekstu, rozbudzenie aktywności i wprowadzenie zawirowań w ruchu przechodniów.

g2

Biblioteka Uniwersytetu Wrocławskiego, proj. fold, 1999.

P-3

Biblioteka Politechniki Wrocławskiej, proj. fold, 1995.

Fold nie miał szczęścia do konkursów, ale pracowni udało się zrealizować kilka szkół i sal sportowych, które były kontynuacją idei widocznych w bardziej spektakularnych projektach. Szkołę w Sulikowie (2003) definiują dwie rozchylone bryły przypominające wiejskie stodoły – w powstałej między nimi przestrzeni znalazł się jasny hol łączący dwa skrzydła. Antresole i pochylnie to rozwiązanie z wcześniejszych projektów – tu jednak posłużyło do wytworzenia przestrzeni wspólnej i uniknięcia przygnębiających szkolnych korytarzy. Szkoły te nie są spektakularnymi realizacjami, nie przyciągają wzroku, ale wprowadzają nową jakość przestrzenną do małomiasteczkowej codzienności, dzięki jasnym pomieszczeniom, otwartym schodom, częściom wspólnym oraz powściągliwym i wypracowanym rozwiązaniom formalnym.

Szkoła w Sulikowie, proj. fold,

Szkoła w Sulikowie, proj. fold, 2003.

h1

Szkoła w Sulikowie, proj. fold, 2003.

Dwa późniejsze projekty konkursowe zdradzają dążenie pracowni do bardziej skomplikowanych rozwiązań, na które składają się wielowarstwowe układy przestrzenne, uciekające od oczywistości para konceptualnych projektów schyłku lat 90. W projekcie Zintegrowanego Centrum Studenckiego (2004) we Wrocławiu zaproponowano wyraźnie podciętą na parterze sztabę. Tu dzięki wykorzystaniu różnicy terenu i lokalizacji funkcji usługowych w dziobie budynku, stworzono możliwość powstania publicznej przestrzeni, której brakuje w kampusie Politechniki. Wzdłuż północnej – w całości przeszklonej ściany – poprowadzono komunikację pionową i zlokalizowano amfiteatralne sale wykładowe. Tak na zamknięciu, rozpoczętej jeszcze w latach 50. Osi Profesorów, wyeksponowano wnętrze obiektu. Od południa budynek pokryto siatką, tworzącą ze ścianą pod spodem, trójwymiarowy – w założeniu zmienny – obraz.  

1

Zintegrowane Centrum Studenckie, proj. fold, 2004.

schematy0010000

Zintegrowane Centrum Studenckie, proj. fold, 2004.

Warstwy w strukturze budynku są wyraźnie odczuwalne w propozycji na Muzeum Architektury we Wrocławiu (2005). Pierwsza z nich to przeszklony, przysłonięty powłoką siatki, hol – bufor. Dalej przechodzi się przez grubą, zmienną dzięki masywnym obrotowym drzwiom, ścianę, stanowiącą tło dla tematycznych projekcji. Kolejne przestrzenie ukryte są za parawanami ścian, skierowanymi na przeszklony dziedziniec między nowym a starym budynkiem muzeum.

PLANSZA 2

Muzeum Architektury we Wrocławiu, proj. fold, 2005.

PLANSZA 1

Muzeum Architektury we Wrocławiu, proj. fold, 2005.

plansza 4 w 200

Muzeum Architektury we Wrocławiu, proj. fold, 2005.

Wybrane realizacje i projekty pracowni Fold świadczą o pogłębionym podejściu do architektury, które jednak nie zawsze się sprawdza. Część budynków okazało się porażkami – zbyt wyrafinowany detal nieraz okazał się niemożliwy do zrealizowania w przaśnej polskiej rzeczywistości. Budynki te być może nie wzbudzają zachwytu nad formami plastycznymi, ale na pewno wynikają z uważnej analizy otoczenia, ruchu i programu. W najnowszej realizacji pracowni – mocno krytykowanej Sky Tower – mniej widocznym, ale istotnym elementem projektu jest aktywizacja parteru budynku wzdłuż głównej ulicy – takiego rozwiązania brakuje w większości lepiej ocenianych komercyjnych budynków we Wrocławiu.

Drodzy przyjaciele,

otrzymałem list, w którym potwierdzacie datę ukończenia mojego domu 10 marca. Miło mi poinformować, że jeśli dom będzie gotowy do umeblowania w tym terminie zaproponuję wam, jako dowód mojego zadowolenia z waszej uczciwej pracy,

Citroena 5 HP

wersję waszego wyboru.

Z wyrazami szacunku,

Raoul La Roche

To list adresowany do braci Jeanneret z 17 stycznia 1925. Klient wywiązał się z obietnicy, choć Corbusier jeździł Citroenem z czterocylindrowym silnikiem o mocy 11 KM, zaledwie niecały rok.

Salon samochodów europejskich w Nowym Jorku, proj. F.L. Wright, 1955.

Salon samochodów europejskich w Nowym Jorku, proj. F.L. Wright, 1955.

Kiedy Frank Lloyd Wright zaprojektował salon samochodowy w Nowym Jorku dla biznesmena Maximiliana Hoffmana, ten dał mu w częściowym rozliczeniu 2 Mercedesy! Jeden to luksusowa limuzyna, drugim był legendarny model 300SL, z drzwiami otwieranymi do góry i 3 litrowym motorem o mocy 218 KM.  Dziś odpowiednik tego modelu – SLS kosztuje niemal 900 tys. zł.

F.L. Wright w wieku 89 lat ze swoimi nowymi Mercedesami, 1956.

F.L. Wright w wieku 89 lat ze swoimi nowymi Mercedesami, 1956.

Źródła: Antonio Amado, Voiture Minimum, Le Corbusier and the Automobile, the MIT Press, 2011; http://www.nytimes.com/2013/06/23/automobiles/wrights-new-york-showroom-now-just-a-memory.html?_r=0http://www.steinerag.com/flw/Artifact%20Pages/PhRtS380.htm

Gdy w latach 60. część gałęzi przemysłu w Wielkiej Brytanii upadła, a kolej traciła na znaczeniu, Cedric Price próbował wykorzystać istniejącą infrastrukturę do nowych celów. Jego projekt Potteries Thinkbelt zakładał przekształcenie  obszaru poprzemysłowego North Staffordshire (zwanego inaczej Staffordshire Potteries z powodu dominacji w regionie przemysłu ceramicznego) w ośrodek edukacyjno-rozwojowy oparty na nowych zasadach studiowania i pracy.

price5

Madeley Transfer Area, Potteries Thinkbelt, Staffordshire, proj. Cedric Price, 1964.

Price, dowiązując się do istniejących sieci transportowych, zaproponował kilka projektów tzw. stref transferowych, które miały przyjąć przede wszystkim funkcje badawcze i edukacyjne. Miało to być forum możliwości i inicjatyw, miejsce dynamicznej wymiany wiedzy i doświadczenia, możliwej dzięki rozwojowi komunikacji i informatyzacji. Ciężki sprzęt związany z koleją służyłby do transportu i wymiany urządzeń, kapsuł  i różnych modułów  użytkowych, składających się na zmienny i adaptowalny krajobraz poprzemysłowy. Suwnice i dźwigi (w innych projektach samoloty transportowe i ciężarówki), miały pełnić rolę mikserów przestrzeni, dzięki którym można by zestawiać nowoczesne materiały w dowolnych układach – wszystko sterowane komputerowo. Konstrukcje Price’a miały składać się z lekkich materiałów: paneli osłonowych, powłok membranowych, mobilnych elementów przestrzennych, itp.

price6

Potteries Thinkbelt, Staffordshire, proj. Cedric Price, 1964.

Bez wątpienia założenia te wynikały z bezgranicznej wiary w innowacyjność użytkowników – współczesnych inżynierów, naukowców, studentów – poszukujących i ciągle stawiających sobie wyzwania. Pod tym względem Price  był niepoprawnym optymistą. Przekonany, że nowe technologie są w stanie radykalnie zmienić środowisko pracy i życia człowieka – ze statycznego w dynamiczne, odrzucał tradycyjne elementy architektury: Jestem radykalny, bo zawód architekta upadł.Architekci to nudziarze, którzy ciągle wierzą, że coś znaczą.

price1

Madeley Transfer Area, Potteries Thinkbelt, Staffordshire, proj. Cedric Price, 1964.

Najpełniejszą realizacją pomysłów Price’a było Centrum Interakcji w Kentish Town – niestety to tylko cień wieloletniego projektu Pałacu uciech (Fun Palace), który miał być jego opus magnum. To lekka stalowa konstrukcja, która stanowi podstawę dla kontenerów, mieszczących funkcje związane z obsługą i spotkaniami lokalnej społeczności.  Budynek zrealizowany w 1976 był ostentacyjnie nieestetyczny (blacha trapezowa, malowana stal, wiaty, typowe balustrady) zgodnie z założeniami architekta, który zdecydowanie przedkładał działanie nad formę, a infrastrukturę nad architekturę. Konstrukcja została rozebrana w 2003.

price4

Centrum Interakcji, Kenish Town, Londyn, proj. Cedric Price, 1971.

Źródła: Cedric Price, The Square Book, Wiley Academy, 2003; http://www.audacity.org/SM-26-11-07-01.htm; http://www.cca.qc.ca/en/collection/540-cedric-price-archive

Wnętrze fot. Łukasz Cynalewski

Wnętrze fot. Łukasz Cynalewski

Tekst: Karolina Wrzosowska

Ściany Nowej Synagogi w Poznaniu pomalowane są na niebiesko. Powodem tego koloru jest przekształcenie synagogi  na basen dla żołnierzy Wermachtu w czasie II Wojny Światowej. Nowa funkcja została tam ‘trochę’ dłużej niż naziści.

Do dziś jest to kontrowersyjny temat. Wiele osób zajętych jest myśleniem jak usunąć basen i stworzyć tam Centrum Dialogu. Nie widzą jednak, że to miejsce działa jak centrum dialogu jako ‘basen w synagodze’, gdzie wszystkie wydarzenia kulturalne zainspirowane są tradycją żydowską oraz wodą.

We wrześniu 2011 basen został zamknięty ze względu na złe warunki techniczne.

Tekst pojawił się oryginalnie w archizinie FAKE CITIES / TRUE STORIES wydanym właśnie przez Wydział Architektury STU w Bratysławie z inicjatywy Marii Topolcanskiej.

Oryginalne wnętrze synagogi fot. archiwum bmkz

Oryginalne wnętrze synagogi fot. archiwum bmkz

Performance Atlantis fot. januszmarciniak.pl

Performance Atlantis fot. januszmarciniak.pl

Gry wideo zostały rozpowszechnione już ponad 30 lat temu. W tym czasie rozwinęły się od prostych zabaw z postaciami zbudowanymi z kilku pikseli w złożone fabuły dziejące się w niezmierzonych trójwymiarowych środowiskach. Dziś ich rynek przewyższa przemysł muzyczny i sprzedaż filmów na DVD. Jeden z najpopularniejszych tytułów Call of Duty: Modern Warfare 3 w ciągu pierwszej doby kupiło niemal 7 milionów graczy. Po niecałych 3 tygodniach zysk ze sprzedaży gry wyniósł około miliarda dolarów, co daje wynik lepszy od Avatara – mega hitu kinowego. Gry są jednak marginalizowane jako element kultury. Bo jeśli dla hollywoodzkich superprodukcji mamy masywną alternatywę w postaci filmów obyczajowych, dokumentów, animacji, itd. to wśród gier zdecydowanie brakuje takiej przeciwwagi.

Światy w których rozgrywają się scenariusze współczesnych produkcji sięgają rozmiarów całych miast bądź niemal niezmierzonych krain. Niektóre z gier dzieją się w odtworzonych fragmentach znanych metropolii, inne w fikcyjnych krajobrazach zdominowanych przez smoki albo zombie. Bez względu na schematyzm fabuł, lokalizacje są coraz bardziej intensywne, szczegółowe i realne. Pod tym względem gry stają się ciekawe także dla architektów – zarówno dla graczy jak i twórców poziomów.

W stronę realizmu

FPS  (First Person Shooter) to najpopularniejszy dziś rodzaj rozgrywki wideo. Architektura niesie tu wyrazisty klimat zróżnicowanych miejsc akcji, nadaje realności i fizyczności, poprzez styl budynków lokalizuje zdarzenie w konkretnej sytuacji społeczno-politycznej. Kluczem do sukcesu jest dobre poznanie mapy i znalezienie miejsc odpowiednich dla określonych strategii (np. snajper, zwiadowca). Obszary akcji są niewielkie, ale bardzo intensywne, z wieloma zaułkami, wnętrzami, rozbudowaną topografią. Podstawową zaletą tych tytułów jest ich grywalność i możliwość zabawy w multiplayer.

Call of Duty: Modern Warfare 3, Infinity Ward

Jedną z najdroższych produkcji w historii była gra akcji Grand Theft Auto IV (ok. 100 mln $). Deweloper Rockstar specjalizuje się w tytułach, które charakteryzuje otwarty i rozległy krajobraz akcji. Są one zakotwiczone w konkretnym czasie i miejscu – precyzyjnie odtwarzanych sytuacjach (Los Angeles lat 40. XX w., współczesny Nowy Jork, granica Meksyk-USA w XIX w.). Bohaterowie mogą brać udział w fabule gry, ale także po prostu spędzać czas w niesamowicie zróżnicowanych miejscach. W ostatniej odsłonie gry GTA IV Nowy Jork tętni życiem: samochody stoją w korkach, piesi  przepychają się na chodnikach, a dzielna policja patroluje ciemne zaułki. Wcielenie się w postać gangstera ma w grze swoje zalety: można przejechać się dowolnym samochodem zabranym z ulicy, wdrapać się po słynnych stalowych schodach ewakuacyjnych na Soho, a dla relaksu zwiedzić Central Park np. legendarnym amerykańskim ciągnikiem siodłowym. W Red Dead Redemtion zrealizowanym na tym samym silniku graficznym poznajemy Amerykę końca XIX wieku, gdzie poza lokalnymi dialektami, twórcy przywiązywali ogromną uwagę do charakteru zabudowań.

Grand Theft Auto 4, Rockstar

Z nadludzkimi zdolnościami

Podobną do GTA konwencją posłużyli się producenci przebojowej i wysoko ocenianej gry Batman: Arkham City. Tutaj zamiast przybliżeń realnych miejsc, akcja toczy się w dzielnicy słynnego Gotham City przeznaczonej na więzienie. Bez względu na absurd rozwiązania penitencjarnego, Bruce Wane wyposażony w Bat-gadżety przemierza ciemne i niebezpieczne miasto, które zostało szczegółowo opracowane w konwencji opowieści o mrocznym rycerzu. Poza pseudogotyckimi budynkami, ciemnymi ulicami getta przestępców, można zwiedzić opuszczone stacje metra, podziemia starych muzeów i wesołe miasteczko Jokera. Całość obserwujemy z perspektywy nietoperza, który dzięki specjalnej pelerynie potrafi szybować, albo kobiety kot z niezwykłą gracją poruszającej się po dachach i ponętnie przyczepiającej się do sufitów.

Batman: Arkham City, Rocksteady Studios

Batman: Arkham City, Rocksteady Studios

Niezwykłe fizyczne zdolności bohaterów pozwalają na przyjęcie innej perspektywy postrzegania architektury. W grze zręcznościowej Mirror’s Edge główna bohaterka przeskakuje po dachach wieżowców w bliżej nieokreślonej metropolii. Wykorzystuje centrale wentylacyjne, ścianki attykowe i drabiny techniczne do omijania wrogów i wykonywania imponujących ewolucji. Dynamicznej rozgrywce towarzyszy wystudiowany formalnie i kolorystycznie świat, przypominający wczesne projekty Bernada Tschumiego, gdzie elementy generujące zdarzenia były utrzymane w czerwieni.

Mirror’s Edge, Digital Illusions CE

Mirror’s Edge, Digital Illusions CE

Nowe doświadczenia

Najciekawszym aspektem współczesnych gier wideo są poszukiwania nowych doświadczeń niekoniecznie opartych na naśladowaniu rzeczywistości. Z jednej strony wzrastające zdolności obliczeniowe komputerów zwiększają możliwości programistów, z drugiej – nie ma to jak dobry pomysł.

Niezwykły program wypracowali studenci MIT – Snowfield to prosta gra, w której poczucie zwycięstwa bądź porażki jest subiektywne. Przygoda osadzona w bliżej nieokreślonym pobitewnym krajobrazie I Wojny Światowej nie przypomina ani filmu ani zabawy, ale daje podobne poczucie przeżywania określonej sytuacji, jednak na nowy sposób. Bo o ile ogromna większość gier skupia się na osiągnięciu jakiegoś celu, ten interaktywny program, którego tematem jest nieunikniony los porzuconego szeregowca, sprzyja zadumie. Tu nie plansza gry jest ograniczona, ale możliwości motoryczne wycieńczonego bohatera. Grę na Windows można pobrać ze strony Gambit.

Snowfield, Gambit

Innym interesującym przykładem jest gra relaksacyjna pt. Flower, gdzie gracz wciela się  (dematerializuje) w wiatr na łące. Jego rolą jest unoszenie płatków kwiatów w malowniczej scenerii idyllicznego krajobrazu. Nie używa się tu klawiszy kierunkowych, ale delikatnie porusza kontrolerem.

Flower, Thatgamecompany

Przestrzenne łamigłówki

Gry logiczne wydają się być najbardziej dorosłe spośród oferty producentów. Jednym z największych tytułów tego gatunku jest Portal 2 – gra  z widoku robota wyposażonego w działko z dwoma rodzajami żelu. Niebieska plama na dowolnej powierzchni staje się wejściem, żółta wyjściem. Jeśli więc wystrzelimy pierwszą substancję na ścianę, a drugą na sufit – po wejściu w ścianę, spadamy z sufitu. Taki pomysł generuje nieskończone i zaskakujące kombinacje łamigłówek. Gdy dodać do tego wyrafinowaną grafikę trójwymiarową produkcji – otrzymujemy jedną z najbardziej satysfakcjonujących gier ostatnich lat.

Portal 2, Valve

Portal 2, Valve

Inne proste założenie w grze platformowej Bride także umożliwiło powstanie wielu nowych zagadek logicznych. Bohater produkcji podobnej do słynnej Super Mario Bros nie ginie, nie ma 3 ani 9 żyć, ponieważ gracz po popełnionym błędzie może cofnąć czas i przewinąć grę do tyłu. Jednak niektóre elementy wewnątrz gry są odporne na cofanie taśmy i bez względu na ingerencję gracza poruszają się w czasie rzeczywistym. To powoduje powstanie zaskakujących zależności czasoprzestrzennych.

Bardzo oszczędnie zaprojektowana gra Echocrome, rządzi się także swoim wewnętrznym porządkiem. Głównym założeniem jest wykorzystanie ograniczenia 2 wymiarowego obrazu w przedstawianiu 3 wymiarowego środowiska, co przypomina rysunki Erschera. A więc jeśli jakiś element przez chwilę zasłania dziurę w pomoście, oznacza to że dla bohatera gry w tym momencie dziura ta nie istnieje i może on spokojnie przejść na drugą stronę.

Echocrome, Japan Studio

Echocrome, Japan Studio

Interakcja

Interakcję z grami zmieniają nowe bezprzewodowe kontrolery. Zaczynając od niezbyt udanego pomysłu poruszania padem w sześciu osiach (Sony Sixaxis), przez Playstation Move, specjalne maty do ćwiczeń, po system Kinect rozpoznający ruch i umożliwiający kierowanie postaci bez dodatkowych urządzeń. Podczas gier sportowych można się fizycznie zmęczyć i są one bardziej urozmaicone (np. boks) niż jazda rowerem stacjonarnym w tzw. realu. Być może przełożenie podobnych metod operowania zwykłymi programami umożliwiłoby zmianę realnego środowiska biurowego…

Warto zauważyć, że producenci gier wideo coraz częściej zatrudniają architektów do projektowania środowisk cyfrowych, a na akademiach sztuk pięknych w USA powstają wydziały szkolące projektantów poziomów, które już dawno przestały być dwuwymiarowe.

PS. Dla tych, co pamiętają tylko pierwsze gry wideo – wszystkie obrazki pokazują prawdziwe ujęcia z gier.

Pomnik króla Karola I

Pod pomnikiem króla Karola I

Na ulicach Bukaresztu mieszka może nawet sto tysięcy bezdomnych psów. Mówi się, że to efekt przeniesienia mieszkańców z centrum stolicy Rumunii do nowych osiedli, w których nie wolno było trzymać zwierząt. W 1984 na miejscu wyburzonych domów rozpoczęto realizację chorej wizji Ceausescu, który został zainspirowany przez założenia urbanistyczne w Korei Północnej.

Przy Calea Victoriei

Wzdłuż osi, która stała się wielopasmową drogą, zbudowano luksusowe mieszkania dla członków partii i budynki publiczne, a na jej zwieńczeniu powstał pałac dyktatora wraz z częścią dla jego małżonki. Miasto okazało się utopią – partyjni nie zdążyli zasiedlić domów, niektórych budynków nie ukończono. Dyktator został oddany pod sąd polowy.

Przy głównym wejściu do Biblioteki Narodowej

Paradoksalnie oś cieszy się dziś powodzeniem. Mieszkania w monumentalnych, kiczowatych budynkach-fasadach osiągają najwyższe ceny w dwumilionowym mieście. Budynki publiczne zostały dokończone, ale nie przyłożono wiele uwagi do zmiany ich totalitarnego charakteru. To się jednak podoba. Na tyle, że prawosławni hierarchowie chcą postawić nową, wielką świątynię obok Pałacu Ludu – symbolu megalomanii i egocentryzmu.

W nocy, w pobliżu Pałacu Ludu

W nocy, w pobliżu Pałacu Ludu

Na realizację marzeń dyktatora złożyło się całe społeczeństwo. W latach 80. bieda sięgnęła apogeum, racjonowano żywność i prąd. Nową stolicę wznosili więźniowie i wojsko, wiele osób zginęło.

W scenografii zbudowanej z omamów rozstrzelanego dyktatora, ambicji mieszkańców i z dzisiejszych mrzonek o współczesnej stolicy europejskiej, najbardziej realne wydają się bukaresztańskie psy. Ich bezdomność jest efektem bezmyślnej polityki przestrzennej, ich przyszłość zależy od polityki wizerunkowej miasta.

Byli w czołówce amerykańskich architektów. Opiniotwórczy magazyn Progressive Architecture poświęcił im w latach 70. łącznie 45 stron publikacji – ujmując to w kategoriach sportowych: zajęli IV miejsce w statystykach, tuż za papieżami postmodernizmu. Pisano, że ich architektura jest prawdziwie amerykańska, ale oni unikali wszelkiego patosu.

Filharmonia w Minneapolis – HHPA 1975

Pracownia Hardy Holzman Pfeiffer Associates zasiadła przy stole, kiedy ogłoszono koniec architektonicznej uczty. Budynki przestały być emanacją mocy ekspansywnej gospodarki USA. Zaczęły wyrażać słabość do dekoracji, symboliki, cytatu, kodyfikacji. Większość architektów uległa powierzchownemu eklektyzmowi. HHPA pochylili się jednak nad tymczasowością, zmiennością, adaptacją, odzyskiem. Znaleźli się tym samym w wąskiej grupie twórców, dla których kryzys społeczno-gospodarczy Stanów Zjednoczonych stał się zapłonem kreatywności.

Emelin Theater – HHPA 1973

HHPA znajdowali wartość w niskich budżetach, zestawiając ze sobą materiały przemysłowe z żywymi kolorami, odsłaniając instalacje i systemową konstrukcję przy pomysłowym wykorzystaniu elementów z odzysku. Ich budynki oparte są na mocnych i wyrazistych ideach. Wnętrza są przestrzennie zróżnicowane i pozostawiają dużo miejsca na nieformalne aktywności.

Robert G. Olmsted Theater – HHPA 1975

Park sztuki w Leviston to drewniany pokład zadaszony pergolą. Molo sprzyja spacerom, spotkaniom i różnorodnym formom ekspozycji. Poszczególne funkcje zostały umieszczone w rozrzuconych po pokładzie boksach: od autostradowej budki do pobierania opłat, przez kolorowe kontenery, systemową altankę, po toaletę obłożoną płytkami ceramicznymi udającymi cegłę. Tanie, czasami żartobliwe, rozwiązania składają się na strukturę o niewymuszonej estetyce, sprzyjającą indywidualnej aktywności artystów i spacerowiczów.

Park sztuki w Leviston – HHPA 1975

Park sztuki w Leviston – HHPA 1975

W sali koncertowej w Minneapolis HHPA zastosowali ekstrawaganckie panele akustyczne i kontrastujące z powagą instytucji wesołe kolory w foyer. W New York Timesie pisano, że akustycznie to jedna z najbardziej wyróżniających się sal na świecie. Ta doskonałość techniczna znalazła odzwierciedlenie w czystej, autonomicznej bryle zewnętrznej o płaszczyznach nienaruszonych otworami okiennymi czy deformacjami funkcjonalnymi. Powierzchnie obsługujące i towarzyszące umieszczono w obrastających salę i wyraźnie z nią kontrastujących pasożytach o nieregularnym planie.

Filharmonia w Minneapolis – HHPA 1975

W tymczasowej siedzibie Instytutu Filmu Amerykańskiego w Nowym Jorku HHPA znowu wykorzystali błyskotliwe i dowcipne chwyty, aby uzyskać niepowtarzalność przestrzeni, przy jednoczesnym braku nadmiernej organizacji. Ustawione pod kątami ściany działowe są jak ekrany, przez które przechodzi się, stąpając po czerwonym dywanie. Wracając, ta sama droga zdaje się być zupełnie inna, ponieważ ściany z drugiej strony są inaczej oświetlone i pomalowane. Nie zauważa się starych mebli, które przywieziono z dawnego biura. Schody i balustrady prowadzące na widownię są wykończone tą samą czerwoną okładziną co audytorium – razem tworzą spójny element wstawiony do wnętrza jak mebel. Rolę ściennych paneli akustycznych pełnią autentyczne maski amerykańskich samochodów tak często obecnych w tamtejszych filmach.

Tymczasowa siedziba Instytutu Amerykańskiego Filmu w Nowym Jorku – HHPA 1973

Tymczasowa siedziba Instytutu Amerykańskiego Filmu w Nowym Jorku – HHPA 1973

Szkołę podstawową w Mount Healthy architekci zbudowali z kolorowych pudełek wrzuconych do jednoprzestrzennej hali. W Fisher Theater połączyli scenę z foyer, uzyskując unikalną otwartość wnętrza. Przerabiając stare kino na muzeum zachowali pochylenie widowni przedłużając niektóre poziomy w formie balkonów.

Szkoła w Mount Healthy – HHPA

Muzeum w Fermont Theater – HHPA 1973

Muzeum w Fermont Theater – HHPA 1973

Specjalizowali się w miejscach dla kultury, na którą zawsze brakuje pieniędzy. Udowodnili, że nie trzeba stawiać pałaców, a wystarczy być kreatywnym. Hołdowali zasadzie, że aby zbudować np. teatr wystarczy pień drzewa i zapał. Ich budynki nie są zaprzeczeniem modernizmu, jak projekty Venturiego, Gravesa, Sculliego. Są entuzjastycznym zestawieniem funkcji, materiałów i kolorów.

Na marginesie, warto zauważyć, że w projektach HHPA widać pierwowzory pomysłów, jakimi OMA wkrótce zawojowała świat i umysły architektów. Kiedy Remment (!) Koolhaas zaczynał błyskotliwą karierę, Hardy Holzman Pfeiffer byli u szczytu sławy.

Źródła: Progressive Architecture 1973-1979; Architectural Forum 1973.

Jelenie na rykowisku jedni kupowali z potrzeby posiadania, drudzy przez przekorny sentyment. A jeszcze inni z oburzeniem zwalczali. No i klawo, ruch w interesie był, a jelenie z tego żyły i żyją dotąd.

Stanisław Zamecznik w swojej pracowni

Pod koniec lat 50. Stanisław Zamecznik wprowadził w życie swoją koncepcję formowania przestrzeni z płaszczyzn giętych. Wpadł na ten pomysł, jadąc z dużą prędkością samochodem, kiedy odebrał wrażenie, że prosta i płaska droga jest wklęsła. Ponieważ trudno poruszyć samą architekturę, Zamecznik myślał o postrzeganiu przestrzeni przez dynamicznego obserwatora. Jego koncepcja powodowała interesujące komplikacje wrażenia odbieranej szybkości ruchu – pozornie go zwalniając lub przyspieszając.

Koncepcja na Międzynarodową Wystawę Ogrodniczą w Wiedniu, proj. Stanisław Zamecznik

Jego projekty składały się jakby z pofałdowanych kartek papieru – były bardzo prostymi układami indywidualizowanymi przez zmienne parametry zagięć. Instalacje te wpisywały się w koncepcję formy otwartej Oskara Hansena, który określił je jako tło, oczekujące zdarzeń. Zamecznik  stosował te rozwiązania do aranżacji ekspozycji, ale także próbował ich w szkicach budynków. Choć zrealizował kilka bardzo udanych i unikalnych wystaw, nie udało mu się przenieść autorskiej zasady do większej skali. Pisał: Twórczość polega na rezygnacji. Męka tworzenia – żal nad utratą rzeczy odrzuconych.

Makieta pawilonu targowego, proj. Stanisław Zamecznik

Projekt przebudowy Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, proj. Stanisław Zamecznik

Zamecznik był z wykształcenia architektem, zajmował się grafiką, typografią, plakatem, projektami ekspozycji na targach, wystawach artystycznych, w muzeach. Twierdził, że trzeba ciągle i zawsze, codziennie, rano i wieczorem, latem, zimą, w deszcz, w młodości, na starość i kiedy indziej, chodząc, stojąc, siedząc w kawiarni, na werandzie, w szkole, w pociągu, na schodach i gdzieindziej, wbrew samemu sobie, codziennie, ciągle i zawsze wszystko zaczynać od nowa. To męczące. Strasznie.

Projekt ekspozycji, proj. Stanisław Zamecznik

Projekt wystawy scenograficznej w Moskwie, proj. Stanisław Zamecznik

Zamecznik nie krył rozczarowania polską rzeczywistością – nie tylko na poziomie decyzyjnym, ale także w starciu z codziennymi użytkownikami przestrzeni. Z drugiej strony starał się zrozumieć przywiązanie do sztampy i schematów, widząc, że powojenne społeczeństwo bardziej potrzebowało uspokojenia i stateczności, niż eksperymentalnych wariacji. Geniusze i prorocy proponują tylko obraz współczesności bardziej przybliżony do chwili obecnej i ani trochę więcej. Ale ludzie chcą żyć spokojnie wśród swoich przyzwyczajeń nabytych, czasem drogo zapłaconych. Ludzie chcą żyć wśród rzeczy już widzianych, powszechnie aprobowanych, o ustalonej (ich zdaniem) wartości. A wartości te ustalały się na drodze różnych przygód i wydarzeń, wśród różnych klimatów i różnych socjologicznych podzespołów.

Makieta pawilonu polskiego w Buenos Aires, proj. Stanisław Zamecznik 1960

Szkic architektoniczny, proj. Stanisław Zamecznik

Tymczasowy charakter jego realizacji spowodował, że zmarły w 1971 Zamecznik stał się nieco zapomniany, szczególnie w środowisku architektów, z którego się wywodził. Pozostało jednak niemało dokumentów na jego temat, które znajdują się w depozycie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Warto przypominać Zamecznika, ponieważ jego projekty do dziś są świeże i inspirujące, dzięki swej prostocie i uniwersalności.

Korzystałem m.in. z magazynu Projekt. Cytaty pochodzą z notatników Stanisława Zamecznika opublikowanych w Projekcie 1971.

Nieistniejący już squat w Barcelonie 2011, fot. Krzysztof Smyk

Do niedawna Hiszpania była mekką nie tylko dla architektów. Dzisiaj stamtąd dochodzi głos Jose Luisa Sampedro, który wieści głęboką zmianę systemu opartego na władzy pieniądza. Ten 95 letni starzec stał się mentorem Oburzonych, którzy przeciwstawiają się totalitaryzmowi banków. Napędza ich światowy kryzys. Kiedy oficjalne wskaźniki gospodarcze dołują, a agencje ratingowe z dnia na dzień obniżają wartości poszczególnych państw, w siłę rosną indywidualne inicjatywy i zachowania obywatelskie.

Równocześnie w niesamowitym tempie rozwija się tzw. szara strefa, która już dziś stanowi połowę rynku światowego. Robert Neuwirth, który bada działania przedsiębiorców w cieniu systemu (wykluczając handlarzy broni, narkotyków, prostytucję, itp.), uważa, że gdyby zebrać całą ich aktywność w jednym państwie (np. USSR – United Street Sellers Republic, ang. Republika Zjednoczonych Handlarzy Ulicznych), pod względem PKB ustanowiłoby ono drugą potęgę za Stanami Zjednoczonymi (z PKB 10 bilionów $). Co więcej, nie jest to wcale rynek zacofany. To tutaj, w odpowiedzi na bezpośrednie wymogi klientów, powstają innowacyjne produkty, nie odbiegające jakością od znanych marek. Neuwirth podaje przykład: w Afryce pojawia się zapotrzebowanie na telefony z dwiema kartami SIM (chodzi o tańsze rozmowy w różnych sieciach); do fabryki w Chinach, gdzie łatwo o wizę,  przybywa zleceniodawca; fabryka wykonuje pracę bez zbędnych formalności; produkty szmuglowane są na targowiska w Afryce, gdzie sprzedają się jak świeże bułeczki. Jakość tych dóbr według badań specjalistów także okazuje się zadziwiająco wysoka i np. Guuucci niewiele różni się od oryginału.

Uwolnienie się od propagandy korporacyjnej, które jest inspirowane przez Sampredo i przewidywania ekonomistów co do rozrostu szarej strefy, skłaniają do zastanowienia nad rolą architekta w mieście przyszłości. Zrobili to m.in. autorzy książki Coś, które nadchodzi. Architektura XXI wieku pod redakcją Bogny Świątkowskiej. Lejtomotivem publikacji są odwołania do protestów Oburzonych i analiza tymczasowych struktur przestrzennych. Na przykład architekci Małgorzata Kuciewicz i Tomasz Gancarczyk pod hasłem Yes we camp przedstawili typologię namiotów, ponieważ tworzą one istotny, stale przemieszczający się element heterotopii miasta – zupełnie tak jak parasole i stoliki, składające się na nielegalne stragany.

Więcej, tkanka żywego miasta to nie tylko przenośne konstrukcje, stanowiące opozycję do gmachów reprezentujących system, ale także tymczasowe programy użytkowe. Na przykład działania grup squattersów niejednokrotnie ożywiają w sposób nieformalny dzielnice, w których powstają ich tymczasowe komuny. Niszczejące pustostany przejmowane są przez grupy zajmujące się organizacją spotkań, dyskusji, wykładów i przedstawień. Wydarzenia te mają miejsce w budynkach zupełnie nieprzystających do ogólnie obowiązujących standardów, ani tym bardziej niespełniających wygórowanych normatywów budowlanych. Mimo to świetnie działają. Co więcej, np. warszawscy squattersi wychodzą z inicjatywą rozwiązywania problemów społecznych w zakresie mieszkalnictwa poprzez organizację spotkań z władzami i mieszkańcami. Włodarze powoli zmieniają też stosunek do takich oddolnych inicjatyw – od wrogości do współpracy. Można dodać jeszcze, że w podobnym tonie brzmi ożywione ostatnio hasło partycypacja. Tu chodzi o zaangażowanie przyszłych użytkowników przestrzeni w proces jej projektowania i tworzenia.

Nieistniejący już squat w Barcelonie 2011, fot. Krzysztof Smyk

Dokąd prowadzi zainteresowanie architektów tymi zagadnieniami? Trudno oprzeć się wrażeniu, że równie gorąca dyskusja na te same tematy toczyła się pod koniec lat 60. Podobnie jak dziś strajki ogarnęły całą Europę (Gorąca Jesień we Włoszech, Provo w Holandii, maj 1968 we Francji czy marzec w Polsce), a w pismach architektonicznych pojawiło się wiele identycznych obserwacji – analizowano koczownicze zwyczaje hippisów, happeningi i teatry uliczne, tymczasowe komuny czy obiekty pneumatyczne. Wdrażano także ideę partycypacji w projektowaniu założeń mieszkaniowych (Lucien Kroll) czy niezależną sztukę w przestrzeni publicznej (James Wines). Wszystko jednakowo w opozycji do monumentalnej architektury, reprezentującej znienawidzony system. Czy nie naturalnym następstwem postulatów o swobodzie wyrazu i szacunku dla indywidualności stał się wtedy historyzujący postmodernizm, który do dziś przyozdabiany jest hasłami o prawdziwej demokracji (Leon Krier)?

Skrajnie lewicowe poglądy brzmią w Polsce dość znajomo i trudno się z nimi utożsamiać tym, którzy pamiętają kraj sprzed 1989. Wprawdzie młodzi zastąpili mityczne wyobrażenia Che Guevary i Mao (z którymi obnosili się studenci we Francji) maską z komiksu V jak Vendetta, a komórki i portale społecznościowe bardziej zdynamizowały niezadowolonych i pozwalają im na lepszą wymianę intelektualną. Czy lewackie podejście do przestrzeni miejskiej jest tylko wentylem, niegroźną opcją, czy ma szansę stać się działaniem na szerszą skalę jako przeciwwaga do zawłaszczania miast przez korporacje, wygórowane normatywy i sztucznie ustalone standardy? Czy wreszcie system nie przygarnie tych idei jako haseł reklamowych i całkowicie ich nie wypaczy, jak ma to miejsce np.  w Chinach, które realizują dziś na potęgę utopie architektoniczne Świata Zachodniego lat 60.?

Szeroko rozumiana szara strefa (od handlarzy ulicznych po squattersów) zdaje się nie potrzebować architektów, którzy są reprezentantami systemu. Namioty, przenośne stragany, tymczasowe sceny nie wymagają dizajnu, ale organizacji. Czy architekci są przygotowani na choćby częściowe porzucenie ambicji projektowych na rzecz koordynacji, negocjacji i animacji zdarzeń?

W opozycji do opisywanych przykładów na okładce ostatniej Architektury widnieje superluksusowy budynek handlowy pokryty czarnym kamieniem – arogancka świątynia pieniędzy. Jego współautorka z dumą opowiada o wizerunku architekta podkreślanym przez czarnego jaguara i skórzany płaszcz. Mówi o umiejętnościach przekonywania inwestorów do wydawania większych pieniędzy na takie gmachy…

O nowych programach, o przestrzeni społecznej i więcej wątpliwości prawdopodobnie już wkrótce.

Korzystałem m.in. z: Bogna Świątkowska (red.) Coś, które nadchodzi. Architektura XXI wieku, wyd. Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2011; Aleksandra Lipczak, Nadchodzi nowy, lepszy świat – wywiad z Jose Luisem Sampredo, Gazeta Wyborcza 18.04.2012; Robert Neuwirth, The Shadow Superpower, Foregin Policy; Robert Capps, Slumdog Economist, Wired 01 2012.

Wystawa w MWW

Otwarcie wystawy nastąpiło zgodnie z planem. Zaszczyciła nas Pani Jadwiga. Przyszli jej starzy koledzy. Ale przede wszystkim byli młodzi. Tym samym odpaliliśmy Jednostkę Architektury – Fundację pod patronatem Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak. Makiety, rendery, wywiady, zdjęcia Kuby Certowicza, rzuty i stare gazety do obejrzenia (i usłyszenia) w MWW jeszcze do czerwca. Dyrektorka Muzeum – Dorota Monkiewicz zapowiedziała szersze otwarcie placówki na architekturę. A więc do zobaczenia w MWW!

Makieta galeriowca przy Kołłątaja (w tle architekt Stefan Miller), fot. Marek Lamber

Otwarcie wystawy

Otwarcie wystawy - fot. Marek Lamber

Dom naukowca - makieta

Część z renderami budynków, o których opowiada Autorka

Dom Naukowca przy Placu Grunwaldzkim

Gazety znalezione w archiwach

W XX w. architekci niejednokrotnie mieli ambicje  projektować nie tylko budynki, ale i np. samochody. Tak robił Le Corbu, Gropius czy Fuller. Ich realizacje były jednak bardziej ubieraniem pojazdów w nowe skórki. W latach 70. wozy wymyślane przez architektów stały się bardziej społeczne. Wzorując się prawdopodobnie na autobusach szkolnych adaptowanych przez hippisów na  domy na kołach, projektanci myśleli o samochodach nie tylko w kontekście przemieszczania się, ale także spędzania czasu w towarzystwie innych pasażerów. Bo czym innym jest praca architekta jak nie organizowaniem spotkań?

Pracownia Van Ginkel Assoc. zrealizowała prototyp mini-autobusu dla Nowego Jorku, który poza nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi (klimatyzacja, ogrzewanie, zdejmowane okna) był wyposażony w fotele skierowane do wnętrza – tak, aby pasażerowie mogli swobodnie się widzieć i rozmawiać. Nie był większy od Caddilaca, a mieścił 15 osób plus kierowcę.

Mikrobus dla Nowego Jorku, proj. Van Ginkel Assoc.

Mikrobus dla Nowego Jorku, proj. Van Ginkel Assoc.

Włoscy projektanci (Mario i Dario Bellini, Fancesco Binfare, Giorgio Origlia) poszli nawet dalej. Ich Kar-a-sutra to Sodoma i Gomora na kółkach – wystarczy spojrzeć na schematy możliwości użytkowania pokładu. Niewątpliwe jest to twórcze podejście do projektu samochodu, pytanie czemu się nie przyjęło? Częściowo odpowiadają na to sami autorzy: Jaki kierowca mógłby skupić się na prowadzeniu tego ziemskiego raju? 

Kar'a'sutra - schematy użytkowania, proj. Marco Bellinni 1972

Kar'a'sutra, proj. Marco Bellinni 1972

Kar'a'sutra, proj. Marco Bellinni 1972

Zobacz projekt na stronie Mario Belliniego.

Marek Młodecki 1972

W 1972 student WA Politechniki Warszawskiej Marek Młodecki obronił dyplom wypromowany przez Zbigniewa Wacławka (Instytut Projektowania Architektonicznego). Na Placu Defilad przy Pałacu Kultury zaprojektował przestrzeń rozrywki kulturalnej jako kontrę dla stalinowskiego gmachu. Najbardziej charakterystycznym elementem budynku jest niezabudowane przyziemie, gdzie użytkownicy mogą zbierać się przy ogniskach. Czuć tu atmosferę wolności, potrzebę innego od oficjalnego stylu życia. Wtedy świeże w pamięci warszawiaków były wydarzenia marca 1968 czy koncert Rolling Stonesów w kwietniu 1967. Ognisko w centrum stolicy było wyrazistym manifestem na rzecz swobodnych zachowań i nieformalnych spotkań.

Rzut przyziemia, proj. Marek Młodecki 1972

Projekt opublikowany w Architekturze został zauważony przez brytyjskie media. W Architectural Design, gdzie prawie nie wspominano o budynkach zza żelaznej kurtyny, pojawiła się o nim wzmianka. Dowiadujemy się z niej, że polski magazyn jest najżywszy w porównaniu do odpowiedników z krajów bloku wschodniego. Redaktora ujęły słowa Młodeckiego o metafizycznych funkcjach, tj. przygotowywaniu strawy (pieczeniu kiełbasek na wolnym ogniu), ale jak zauważył: trudno wyobrazić sobie Warszawiaków przyjmujących to rozwiązanie jako alternatywę dla wódki [!]. Biedny Anglik nie wiedział, że przy ognisku wóda wchodzi tak samo.

Przekrój, proj. Marek Młodecki 1972

Źródła: Architektura 8-9/1972 s. 319-323; AD 1/1973 s. 49.

Gregor Schneider przebudował wnętrze domu swoich rodziców w Mönchengladbach-Rheydt. Nie adaptował go jednak dla potrzeb swojej rodziny, ani nie dodał nowych funkcji. W obrębie ścian zewnętrznych utworzył tajemnicze przejścia i ukryte pomieszczenia. Wnętrze nie przypomina jednak placu dziecięcych zabaw w chowanego, ale raczej koszmary senne, zalewające człowieka zimnym potem.

W oryginalnych pokojach zostały wstawione dodatkowe pomieszczenia na zasadzie pudełka w pudełku. Za nowymi ścianami powstały szczeliny głębokości około 30 cm, które zieją ciemną pustką np. zza szafek kuchennych. Można się w nie wcisnąć i przejść do tunelu, który prowadzi do innych ukrytych, klaustrofobicznych przejść. Okna w domu zostały zaciemnione, a światło i wiatr poruszający firanki są sztuczne. Pokój gościnny został wyposażony w grube stalowe drzwi i także nie ma okien.

Haus u r - Gregor Schneider (pokój w pokoju, sztuczne okno)

Haus u r - Gregor Schneider (wentylator w szczelinie za oknem)

Interwencję Schneidera można rozumieć jako akt masochizmu. Tunele są ciasne i ciemne. Pokoje i okna tylko pozorne. Dom z dzieciństwa artysty stał się hermetyczny i zły. Ciemne zaułki czyhają tu za każdym rogiem. Z drugiej strony, działanie to uświadamia nam jak wiele emocji może nieść architektura, której rozumienie często sprowadzamy do funkcjonalnych banałów.

Haus u r - Gregor Schneider (podniesiona podłoga pokoju w pokoju)

Haus u r - Gregor Schneider (jedno z ukrytych przejść)

Jak pisaliśmy wcześniej stylizacja przestrzeni staje się nadrzędną cechą projektowania architektonicznego. Wiemy, że jest to pożywka dla albumowych foto-grafik, że tak naprawdę trudno jest tak mieszkać. Czy więc żywe wnętrze rzeczywiście jest tak nie fotogeniczne, że nie da się na nie patrzeć, bez wcześniejszego uprzątnięcia spontanicznych śladów mieszkańca? Czy dom bez charakterystycznego stylu i z pewnymi niekonsekwencjami w wyposażeniu, nie jest architektoniczny?

Urok domu własnego to raczej to, czego nie da się zaprojektować i coś, co nawet czasami może być wstydliwe dla jego właściciela: bałagan, kiczowaty obrazek, książka z brzydką okładką. Prawdę o domu można raczej przyłapać, niż ująć w wypreparowanej kompozycji. Mimo wszystko, istnieją takie miejsca, które nie wydają się projektowane pod czasopisma. Z których tchnie życie ze wszystkimi swoimi niuansami, zaprojektowanych dla ich wypełnienia, a nie dla istnienia samych sobie. Poniżej kilka przykładów takich przestrzeni z unikalnymi błędami.

Dom Akatsuka, Osaka - Takimitsu Azuma (zróżnicowane meble, przypadkowe wyposażenie)

Dom w Kojikakitahara - Shigeo Takagi (kanapa samochodowa i bibeloty)

Dom SA w Kawasaki - Kazunari Sakamoto (nieosłonięte tyły szaf)

Dom SA w Kawasaki - Kazunari Sakamoto (meble różnego pochodzenia)

W filmie Wima Wendersa pt. Pina przestrzeń odgrywa ważną rolę. Nie chodzi jednak o pojawiające się tu budynki zaprojektowane przez SANAA i OMA, ani o podwieszoną kolejkę w Wuppertalu. Na scenie, w oryginalnym kontekście przedstawień Piny Bausch, elementy przestrzenne z reguły nie służą dekoracji, ani jedynie scenografii. Natomiast w ujęciu Wendersa tancerze występują na niezwiązanym bezpośrednio i fizycznie z choreografią po prostu ładnym tle. Być może jest to zabieg celowy, niemniej z punktu widzenia architektonicznego i w kontekście poprzedniego wpisu Ukryta moc architektury, to pomysły Bausch są dużo bardziej intrygujące niż ciekawe ujęcia filmowe.

Cafe Muller - Pina Bausch (1978)

Bausch wciągała elementy przestrzenne w akcję przedstawienia. Na przykład w sztuce Cafe Muller krzesła stały się takim samym elementem choreografii jak tancerze, którzy je rozrzucają, przechodzą pod nimi, budują z nich. Więcej, poprzez sztywne ruchy niektóre postacie stają się rodzajem żywych mebli dla swoich partnerów. W Vollmond konkretne układy stymuluje woda utrzymująca się na scenie, najpierw rozdeptywana przez aktorów, później lejąca się jak deszcz. Jeśli na scenie Piny pojawia się miękka ściana to wiadomo, że zaraz ktoś się od niej odbije, jeśli pojawia się kurtyna, to zaraz będzie poruszona, zadarta, zwinięta. Żaden z elementów nie jest obojętny na akcję, inaczej niż współczesna architektura w ujęciu Wendersa.

Kiedy Stanley Tigerman projektował rzuty o kształtach fallicznych, kiedy elewacje Toyokazu Watanabe przybierały formę piersi, kiedy bracia Krier zachwycali się ponadczasowością budynków Stalina i Hitlera, kiedy Charles Jencks rozkoszował się rozwikływaniem kodów zaklętych w kafelkach z terakoty, właśnie wtedy Bernard Tschumi zaczął pisać o prawdziwym doświadczaniu przestrzeni. Nie obchodziło go budowanie części ciała z betonu, nie mówił o pozornej satysfakcji intelektualnej z czytania architektury, ani o obojętnych klasycznych porządkach. Mówił o zbrodni i zmysłowości.

W ten sposób Tschumi próbował odwrócić uwagę od obowiązujących dogmatów, skupiających architektów na gloryfikacji formy, dekoracji i semantyki. Zaczął mówić o prawdziwym przeżywaniu przestrzeni, jej wzajemnej zależności od akcji. W 1978 opublikował tekst pt. Architektura i jej zdwojenie, gdzie na wybranych przykładach przeanalizował związki architektury i sztuki współczesnej – tej, która zupełnie nie obchodziła ani architektów, ani historyków architektury jemu współczesnych.

Drzwi, Rue Larrey Nr 11, Paryż – Marcel Duchamp 1927.

To kuszące – jak napisał – zajmować się dziurami w historii architektury, tymi zacienionymi miejscami, gdzie idee zostały zasłonięte przez zbudowaną rzeczywistość. W miejscach tych Tschumi znajduje opozycję do pięknych obrazków, tak zajmujących Gravesa, Kriera czy Tigermana. Postrzeganie wzrokowe nie interesowało ani Duchampa, ani Artauda, ani Kieslera. Wyrażali się pogardliwie o wizualizacjach, którymi przeważnie zajmowali się artyści i architekci. Oni chcieli związku przestrzeni i akcji, fizycznego zaangażowania użytkownika (odbiorcy) w architekturę.

Tschumi przytacza następujące przykłady:

– Artaud w swoim Teatrze Okrutności brutalizował przedstawienie, atakując widza intensywnym oświetleniem i hałasem, w ten sposób bardziej na niego oddziałując.

– Kiesler (autor Niekończącego się domu) zaprojektował Niekończący się teatr w Wiedniu, który miał być nieskończoną sceną, gdzie rampy przecinają się na różnych poziomach, a aktorzy niemal dotykają sufitu… Tu nie miało być scenografii tylko cały teatr miał się poruszać i grać (por. wpis Na podestach).

– Duchamp w 1927 zrealizował Drzwi, które nie są płaskim obiektem do oglądania, ale mogą powodować niejednoznaczne, nieprzewidziane sytuacje w przestrzeni. To chyba najbardziej wyrazisty przykład, jakim posługuje się Tschumi. Drzwi nie są elementem stricte funkcjonalnym, ale potencjalnie mogą wywoływać akcję.

Chodziło o napięcie między ideą, obiektem i osobą. Bo – jak pisał Tschumi – Ubu w stodole jest inny niż Ubu w teatrze barokowym, morderstwo w parku jest czymś innym niż morderstwo w katedrze… Jakkolwiek to zabrzmi, architekt mówił więc o wyzwoleniu architektonicznej mocy, która zwykle sprowadzana jest zaledwie do programowania funkcjonalistycznego.

Tschumi rozwinął swoje idee w badaniu The Manhattan Transcripts i kilku późniejszych projektach, o czym wspomniałem we wpisie Kolizja.

Źródło: Bernard Tschumi, Architecture and its Double, 1978.

Konstrukcje pneumatyczne stały się przedmiotem eksperymentów w architekturze na przełomie lat 60. i 70. XX wieku. Był to czas rewolucji obyczajowej, muzyki rockowej, narkotyków, medytacji i wolnej miłości. Także ten ostatni aspekt życia kontrkultur znajduje odzwierciedlenie w realizowanych wtedy tymczasowych obiektach z przezroczystego plastiku.

Kadr z archiwalnego filmu (nie pamiętam autorów)

Kadr z archiwalnego filmu (nie pamiętam autorów)

Obok konstruowanych w latach 60. utopii społecznych (zob. wpis Każdy musi się nawalić), architekci projektowali tymczasowe dmuchane obiekty. Powstawały równolegle w Austrii (CoopHimmelb(l)au), Wielkiej Brytanii (Archigram) i USA (Ant Farm). W dokumencie o tych ostatnich pt. Underground Adventures with Ant Farm, pewna pani wyznaje, że przy instalacji pneumatycznych schronień, zawsze znalazł się ktoś, kto miał ochotę się w nich kochać.

Okładka AD 3/72 - Roger Phillips, Graham Stevens

Instalacja Ant Farm

Stymulujące cechy dmuchanej gumy znane są co najmniej od początku XX wieku, kiedy to zaczęto produkować seks-lalki. Od czasu wprowadzenia plastiku, silikonu i lateksu w latach 70. gama materiałów dmuchanych się poszerzyła. Nie bez przyczyny na archiwalnych dokumentach o pneumatycznej architekturze widnieją przewracające się nagie pary, roznegliżowane panie i rozmarzone chłopaki. Takie konstrukcje powstawały przy polach koncertowych, a samo ich wznoszenie było wydarzeniem. Ant Farm byli bardziej jak gwiazdy rocka niż inżynierowie architekci, którzy mogli sobie tylko pomarzyć o groupies. W filmie Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale boicie się o to zapytać (reż. Woody Allen, 1972) znajdujemy poniekąd komentarz do takich instalacji. Występuje tu wielki dmuchany cyc (rozmiar 4000 z miseczką X), który z werwą porusza się po okolicy.

Kadr z Wszystko co chcielibyście wiedzieć... reż. Woody Allen 1972

Kadr z Wszystko co chcielibyście wiedzieć... reż. Woody Allen 1972

W tym samym czasie wykorzystywano podobne patenty w technice – rozpoczęto inwestycje w transport poduszkowy we Francji, Wielkiej Brytanii i USA (Aérotrain). Dziś konstrukcje pneumatyczne raczej przeszły do lamusa i są wskrzeszane tylko okazjonalnie. Pozostawiły bezmierną pustkę, która bije z oczu wciąż popularnych lalek.

Atmos field - Graham Stevens 1970

Le Corbusier oznaczył tę myśl kursywą: Linia porządkująca zapobiega przypadkowi. Daje umysłową satysfakcję. W XX wieku linia zyskała nowe wartości, wcześniej nie stosowane. Na przykład w latach 20. wprowadzono poziome znaki drogowe – linie malowane białą farbą na asfalcie. Było to spowodowane wzrastającą liczbą samochodów i potrzebą prostej i czytelnej organizacji ruchu. Od tej pory zniknęły charakterystyczne place o jednorodnej, niedzielonej powierzchni (znane z XIX wiecznych obrazów i rycin), po których wozy i piesi mogli poruszać się w sposób swobodny. Ruch został zorganizowany, place miejskie zniszczone.

1917 – pierwsze zarejestrowane linie namalowane na drodze w USA

1925 – linia zatrzymania przy pierwszym sygnalizatorze świetlnym, Londyn

1925 – organizacja ruchu za pomocą białych linii, Londyn

XIX wieczny Paryż w przedstawieniu Pissarra

Potwierdzenie umysłowej satysfakcji z wykreślenia linii znajdujemy w sztuce. Niebieska taśma Scotch, którą Edward Krasiński okleił swoje mieszkanie w Warszawie, w sposób konceptualny spoiła poszczególne przestrzenie jego lokalu. Linia przywołuje ideę horyzontu, co ma swoją siłę w bloku z wielkiej płyty. W celu połączenia galerii sztuki z ulicą Daniel Buren umieścił ciąg linii na zewnętrznych i wewnętrznych ścianach budynku. Richard Long wydeptując prostą linię na trawie, wykonał minimalny gest ingerencji w łąkę. Powstała granica, linia startowa lub ścieżka – jakby pierwsze, pierwotne, nieprzypadkowe działanie istoty rozumnej w naturalnym krajobrazie. Linie jako elementy organizacji zabawy wykorzystali Szwajcarzy z duetu L&B, tworząc plac jako kolaż boisk do różnych gier. Zainspirowali w ten sposób użytkowników do działania.

Studio-mieszkanie Edwarda Krasińskiego

Daniel Buren – Work in situ, White Wide Space, Antwerpia 1969

Richard Long – Linia powstała przez wydeptywanie 1969

LB – Street painting #2, Zurich 2003

Linie są najprostszym sposobem organizacji, co wyraźnie widać w sporcie. W XX w. oparto na nich zasady wielu gier, a w starszych dyscyplinach (jak tenis czy piłka nożna) przypisano im standardy i precyzyjnie określono ich funkcje. Dziś linie regulacyjne są dla nas oczywistym elementem krajobrazu zurbanizowanego i odruchowo się do nich stosujemy, choć jak mówią kierowcy: podwójna ciągła to nie ściana.

Australijska piłka nożna w XIX w.

Tzw. piłka motłochu

Mówiąc za Le Corbusierem: linia w architekturze istnieje niemal od zawsze. W urbanistyce kojarzy się z miastami rzymskimi, z renesansowymi osiami i autorytarnym planem barona Hausmanna dla Paryża. W XX wieku jednak podważono jej znaczenie w sensie urbanistycznym. Linia rozumiana jako oś czy ulica, została (przynajmniej częściowo) wyparta przez modernistów i ich epigonów, którzy opowiedzieli się za koncepcją wolnego bloku. Lewacka idea wspólnej przestrzeni otwartej wokół budynku, spowodowała podważenie odwiecznej (burżuazyjnej?) zasady podziału terenu na własności. Brak jednoznacznych linii podziałów spowodował powstanie stref należących do wszystkich, czyli do nikogo. W planach powojennych osiedli mieszkalnych w Europie linie zostały sprowadzone do formalnej zabawy i abstrakcyjnej kompozycji, w której zabudowa została oderwana od ciągów komunikacyjnych.

Powojenna urbanistyka

Na szczęście już w latach 60. architekci zorientowali się o szkodliwości społecznej tych rozwiązań. Powrócono do regulacji terenu za pomocą siatki – metody znanej od wieków. Ulicę jako ciąg budynków z usługami w parterach i wejściami do domów, zrehabilitowano. Niestety powrót ten, utożsamiany jest z nadejściem postmodernizmu (w USA jeszcze gorzej: z tzw. Nowym Urbanizmem), który obarczył nowe budynki pseudo-historycznymi dekoracjami i architektonicznym licentia poetica. Bez względu jednak na formę, znane są niezwykle udane projekty z tamtych lat (1960-70) oparte na koncepcji ulicy, nawet przy rozdziale ruchu pieszego i kołowego. O tym już wkrótce.

Nowe zastosowanie linii regulacyjnych w urbanistyce zaproponowali w latach 80. Tschumi i Koolhaas. Wydawało się, że udało uwolnić się od formalizmu ulicy w stylu XIX wiecznego miasta przemysłowego, a jednocześnie stworzyć żywą tkankę miejską na wzór Manhattanu. W projekcie dla Chartres Tshumiego (zobacz też wpis Kolizja) i na Park La Vilette OMA, linie wg których został zaprojektowany krajobraz, miały definiować jakość przestrzeni i w sposób elastyczny określać przyszłe interwencje. Te projekty, choć wydawały się odpowiedzią na aktualne potrzeby rynku, nie zostały zrealizowane.

La Villette – OMA 1982

Dziś plany urbanistyczne, choć bardzo elastyczne, opierają się znowu na starych dobrych liniach ulic ułożonych w siatki (Hamburg Hafencity, Plac Poczdamski w Berlinie, Plac Społeczny we Wrocławiu, Borneo Sporenburg w Amsterdamie, Ypenburg pod Hagą).

James Wines stwierdził, że jakość życia w mieście mierzy się liczbą drzew przypadających na jednego mieszkańca. Dodałbym do tego liczbę miejsc, w których można się spotkać, usiąść i napić taniej, ale niezłej kawy.

Anty-ulica – parada na Placu Grunwaldzkim, Wrocław

Ulica rozumiana jako miejsce spotkań jest do dziś konsekwentnie zaniedbywana. Szczególnie w Polsce.  Źródeł tego można doszukiwać się już w czasach powojennych. Za Stalina życie społeczne zostało poddane szczegółowej rewizji i przez to zeszło do podziemia. Autentyczne wydarzenia w przestrzeni publicznej zostały zastąpione fasadowymi pochodami i programowanymi manifestacjami. Ludzie przestali zatrzymywać się na ulicy, bo nie mieli po co. Życie przeniosło się do bram, dziedzińców i odizolowanych lokali gastronomicznych. Toczyło się na prowizorycznych targowiskach.

Szaberplac we Wrocławiu

W powojennym Wrocławiu ulice były w gruzach. Zanim zaczęły powstawać budynki, mali przedsiębiorcy odtworzyli namiastkę urbanistyki na zrównanych z ziemią pustkowiach. Targi z szabrowanymi towarami były tętniącymi życiem miejscami spotkań i wymiany dóbr oraz informacji. Uliczki zbudowane ze straganów i szmat rozłożonych na gołej ziemi tworzyły prawdziwe miasto – symbol ziem odzyskanych.

Spontaniczna bieda-urbanistyka – Plac Grunwaldzki

Stan ulicy jako miejsca spotkań nie zmienił się w ciągu następnych kilku dekad. Pomijam papieskie pielgrzymki i strajki Solidarności, bo były to wydarzenia jednostkowe i od święta. Nowy wybuch codziennego życia miejskiego nastąpił dopiero po ’89, ale znowu ograniczył się do targowisk. Tym razem były to pstrokate ryneczki z towarami z Niemiec  i podróbkami kolorowej, zachodniej konfekcji. Wszystko w rytmie tanecznej muzyki granej z chińskich jamników  i doprawione zapachem kiełbasy. Atmosferę tych czasów dobrze oddaje film Miasto prywatne z sugestywną rolą Bogusława Lindy godnie paradującego  w seledynowym dresie z kreszu.

Miasto prywatne – reż. Jacek Skalski 1994

Dziś Polacy jeżdżą za granicę i podglądają życie uliczne w Niemczech, Francji, Włoszech. Też tak chcą. W latach 70. podobną przemianę przeszły Niemcy Zachodnie. Wraz z rewolucją obyczajową końca lat 60. zaczęli czuć potrzebę budowania wspólnoty. Inspiracja przyszła z podróży, ale też od przyjeżdżających do pracy Włochów, którzy byli tam na długo przed Grekami i Turkami.

Zimny klimat nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem dla braku możliwości kontynuacji przypadkowego spotkania na ulicy, które może przerodzić się w miłą pogawędkę przy ciastku i kawie, a może nawet w dłuższą znajomość, która rozwinie się z czasem w coś poważniejszego…

Tekst: Mikołaj Smoleński

Obserwując jak co roku montaż i rozruch świątecznych iluminacji można się zacząć zastanawiać nad logiką tych działań w kontekście globalnie obwieszczanego kryzysu i ekonomicznego postu. Pomimo rosnących cen paliw i energii,w wielkomiejskich zespołach na całym świecie, przez cały rok trwa nieustanny, coraz bardziej intensywny spektakl świetlny. Analiza zjawiska nocnej iluminacji prowadzi do wielu interesujących przemyśleń i wielu sprzecznych tez.

Doroczny rytuał świątecznej rozrzutności

W 1933r. Junichiro Tanizaki w eseju „Pochwała Cienia” pisał o różnicy pomiędzy Zachodem – dążącym do coraz większej jasności, a Wschodem skłaniającym się ku subtelnościom półcienia. Dzisiaj to właśnie na Zachodzie słychać głosy wzywające do umiarkowania i zrównoważonego rozwoju w kwestii oświetlenia: Dark Sky Association rozpowszechnił pojęcie „zanieczyszczania światłem”, krytycy architektury tęsknią do ciemnych sylwet historycznych wież i katedr, a ekolodzy walczą o naturalny, świetlny cykl dobowy w miejskich ekosystemach. Na to wszystko nałożył się bezdusznie wpływ rachunku ekonomicznego. Z drugiej strony trudno się łudzić, że nowe technologie zatrzymają rosnąca lawinę lumenów. Bardziej ekonomiczne technologie zawsze po krótkim okresie poprawy bilansu prowadzą do efektu jo-jo i powrotu do pułapu konsumpcji sprzed zmian. Są też tacy, którzy postrzegają feerię świateł wielkomiejskich jako tętno i paliwo dla nocnego życiametropolii – będących w istocie głównym motorem postępu gospodarczego. John Culmer Bell w swoim eseju „Urban Otaku – Electric lighting and the noctambulist” pisze wręcz, że ograniczenie konsumpcji energii i światła w imię dbałości o wpływ na środowisko byłoby jak zwalczanie kryzysu ograniczaniem przepływu strumieni pieniędzy w gospodarce. Trudno temu zaprzeczać w kontekście strategii Bożonarodzeniowych.

Czy nieustanny spektakl ma ograniczenia? fot. D. Gibski

W konsekwencji wielkie metropolie żyją na krawędzi “zawału”. Odbywa się w nich nieustannie wyścig pomiędzy narastającym głodem, a udoskonalaną technologią i udoskonalanymi systemami managementu energią. Sytuacja ta nie jest żadnym novuum. Richard Stities w swoim opracowaniu “Utopijna wizja i eksperymentalne życie w rewolucji rosyjskiej” przytacza anegdotę jak Lenin wdrażając swój plan elektryfikacji Rosji pod hasłem “Komunizm to władza radziecka plus elektryfikacja całego kraju” musiał wyłączyć dostawę prądu dla Moskwy aby na demonstrowanej makiecie oświetlenia miasta mogły palić się wszystkie lampki. To co jest nowością, to kompulsywne uzależnienie od dostępu energii i światła. Testem na siłę nałogu i na odporność na wymuszoną abstynencję jest ‚BLACKOUT’ – nagła nieplanowana zapaść systemu dostawy energii. Jeden z największych blackoutów w historii wydarzył się 14 sierpnia 2003r. w ośmiu pn-wsch Stanach Zjednoczonych i prowincji Ontario w Kanadzie, a jego następstwami zostało dotknięte ok. 50 mln. osób. Dosyć interesujący był scenariusz wydarzeń bardzo pokojowy jeżeli porównać go ze żniwem poprzednich blackoutów i jeżeli brać pod uwagę świeżą traumę Amerykanów z ataku na WTC w 2001r.

Blackuot w Tokio

Liczba aresztowanych osób w dniu blackoutu w Nowym Jorku wyniosła 850 w zestawieniu z 950 osobami aresztowanymi na co dzień. W związku z nie działającymi lodówkami i zamrażarkami wiele restauracji przygotowywało i rozdawało jedzenie wszystkim chętnym, co przyczyniło się do masowych imprez w wielu dzielnicach miasta; rozdawano napoje, lody, a na Times Square nawet buty dla znużonych pieszą wędrówką do domu. Zestresowani Nowojorczycy, którzy wbrew pozorom kładą się dużo wcześniej spac niż chociażby mieszkańcy Madrytu czy Barcelony wylegli tłumnie na ulice. W Toronto pewien teatr wystawił nawet przedstawienie w świetle długich reflektorów samochodowych. Tak wspomina to wydarzenie Brad Moon w artykule z Wired w piątą rocznicę wydarzenia. Tej nocy spotkaliśmy więcej ludzi w naszej dzielnicy niż podczas dwóch lat odkąd tam mieszkaliśmy. Ludzie wędrowali ulicami z latarkami i butelkami wina, gromadząc się na gankach na spontanicznych imprezach ‚blackoutowych’ Niebo nad miastem wolne od rozproszonego światła było ugwieżdżone jak na jakimś północnym polu kampingowym [Istnieje relacja o kobiecie, która mieszkając od 40 lat na Manhattanie ujrzała Wielki Wóz pierwszy raz w życiu – dopisek M.S.] (…) Na każdych nieczynnych światłach był ktoś, zazwyczaj w cywilnych ciuchach, kto spokojnie kierował ruchem drogowym, a kierowcy faktycznie stosowali się do wskazówek (…) Sąsiedzi zaglądali do siebie i zapraszali na grilla.

Impreza w świetle reflektorów samochodowych – NYC 14.07.2003

Co za paradoks, że noktambulizm zrodzony jako forma rozrywki wraz z rozwojem publicznego oświetlenia odzyskał swój festiwalowy charakter a rebours – jako festyn świętowany w półmroku; odmiana od rutyny codziennego ‚świetlnego festynu’ .

Londyn 12.1952

Aby przejść po centrum Londynu trzeba było trzymać się witryn sklepów. W operze odwołano przedstawienie La Traviaty Verdiego, ponieważ prawie nie było widać sceny i kaszel na widowni był nie do zniesienia. Policjanci na skrzyżowaniach próbowali sterować ruchem za pomocą pochodni. Nawet w domach unosiła się szara zawiesina.

W grudniu 1952 Londyn przestał funkcjonować na 4 dni. Wszystkiemu winny był smog. Mieszanka dymu z tysięcy piecyków węglowych i nadzwyczajnej mgły, która utrzymywała się nad miastem z powodu wysokiego ciśnienia i braku wiatru. Z powodu bezczynności władz, smogiem zatruło się śmiertelnie 4000 mieszkańców miasta.

Londyn 12.1952 - policjant z pochodnią

Londyn 12.1952

Na blogu pojawiła się dziś nowa kategoria – infrastruktura, której będę poświęcał teraz więcej miejsca.

Różnicę między dobrą a złą architekturą obrazuje zestawienie Strusia Pędziwiatra i Myszki Miki. Pomysły w pierwszej kreskówce są proste, konsekwentne i wykorzystane do cna w różnych opcjach. U Disneya mamy więcej ozdobników, dodatków i nieuzasadnionych zwrotów, przeplatanych zgranymi rozśmieszaczami w stylu zabawnego chodu albo przewrotki. Chuck Jones operuje błyskotliwymi następstwami, a zakres środków jest niewspółmiernie mały do uzyskanej satysfakcji ze sponiewierania kojota.

 

 

W 2008 byliśmy świadkami historycznego momentu. Wtedy przechyliła się szala. Większość mieszkańców Ziemi zaczęła żyć w miastach. W Europie liczba ta urośnie do 84% w 2050.

Miasta od zawsze były motorem postępu – niekoniecznie dzięki lepszym wynikom gospodarczym – ale przede wszystkim dzięki interakcji społecznej. Dynamiczny przepływ informacji od wieków sprzyja rozwojowi pomysłów i ich wprowadzaniu w życie. Nowe, tanie i  upowszechnione rozwiązania (komórki, pady, laptopy) umożliwiają nam jeszcze lepiej wykorzystać skupiska miejskie i lepiej w nich funkcjonować. Szybki i prosty kontakt między mieszkańcami umożliwia nie tylko zabawę i konsumpcję (flashmoby, groupon), ale także rozwiązywanie problemów i wpływ na politykę (arabska wiosna ludów). Dzięki nowym systemom sprzyjającym indywidualnej aktywności możemy omijać korki, spalać mniej paliwa czy nawet zużywać mniej wody. Wszystko zależy od każdego z osobna, ponieważ narzucone rygory nie sprawdzają się lub są po prostu mniej efektywne. I na pewno nie chodzi o to żebyśmy żyli w superfunkcjonalnym mieście-maszynie, ale żebyśmy wykorzystywali swoją inteligencję do znajdowania własnej drogi. Dzięki takim rozwiązaniom i indywidualnemu zaangażowaniu Bostończycy uratowali zagubionego oposa szybciej niż wyspecjalizowane służby miejskie.

Opos

Gdzie jest tu rola architektów? Nie wiadomo. Patrząc na rozwój systemów operacyjnych takich jak Android i rolę Vodafone w budowie sieci informatycznej w Kairze, łatwo zgodzić się z jednym z głosów, że miasta będą opracowywane przez korporacje takie jak Microsoft czy Google, a urbaniści ze swoimi klockami zostaną na etapie Simsów.

Oprac. na podstawie numeru specjalnego Scientific American (polska edycja – Świat Nauki, październik 2011)

W kontraście do dzisiejszego stanu kultury popularnej we Włoszech, kino w latach 50. było zjawiskiem społecznym. Film Giuseppe Torantore Cinema Paradiso jest sentymentalnym powrotem do czasu, kiedy na placach miejskich nie było samochodów, tylko spotykali się ludzie. Kino przyciągało wszystkich. Poniżej dwa zdarzenia urbanistyczne.

Film wyświetlony na ścianie budynku

Widzowie bez biletów stoją na łodziach

Na aspekty przestrzenne w filmie i filmowe aspekty przestrzeni, zwrócił uwagę w 1978 r. Bernard Tschumi w pracy pt. The Manhattan Transcripts. Próbował tam znaleźć nowe sposoby zapisu architektury za pomocą technik choreograficznych czy właśnie filmowych. Dla Tschumiego najistotniejszym czynnikiem tych poszukiwań jest zdarzenie w przestrzeni, a więc architektura, która jest inspirowana przez przeżycie i – w domyśle – przeżycie, które jest inspirowane przez architekturę.

Zapis obserwacji przestrzeni z 6 wybranych filmów to koncepcyjne rysunki architektoniczne. Raz są miejscem jednej sceny, raz całej sekwencji. Są to subiektywne interpretacje wybranych zdarzeń. Używając słów Tschumiego: ani prawdziwe projekty, ani zupełne fantazje.

Lokator

Marzyciele

Rzymska opowieść

Gosford Park

Ucieczka z Kina Wolność

Basen

W sobotę 1 października 19:00, ul. Oławska 21 (III piętro) otwarcie wystawy filmowo-architektonicznej Scenariusze przestrzenne. Analizie poddano filmy Berolucciego, Polańskiego, Ozona. Jednocześnie odbędzie się premiera Bryka do architektury i wernisaż instalacji z cyklu Architektura to impreza! przygotowanej przez Magdę Szwajcowską i Grzegorza Kaczmarowskiego.

Plakat wystawy

Natychmiastowe Miasto to pomysł Archigramu z 1968. Wielkomiejskie uciechy miały być przywożone ciężarówkami lub sterowcami do małych, zapomnianych miasteczek. Tam mogłyby pełnić funkcję dydaktyczną, a nawet zainspirować mieszkańców do działania.

Miasto Natychmiastowe - Archigram 1968

20 lat wcześniej w Polsce w podobny sposób propagowano sztukę w ramach socjalistycznego programu kulturalnego. Jak napisał Michał Jachuła w Sekcji nr 9, wystawa Mickiewicz-Puszkin, zorganizowana w specjalnej naczepie, trafiła w 1949 do 111 wsi i muzeobus przejechał wtedy 1691 km.

Naczepa muzealna 1949

Wystawa Mickiewicz-Puszkin w naczepie 1949

Pałac Republiki w Berlinie został zniszczony w wyniku koncertu zespołu Einsturzende Neubauten, który odbył się tam 4 listopada 2004 roku. To wersja historii, którą preferowałby Blixa Bargeld – lider kapeli, której nazwę tłumaczy się jako rozwalanie nowych budynków. Koncert nie był jednak aż tak spektakularny. Legendarna grupa eksperymentująca z dźwiękiem, wykorzystała elementy budynku jako instrumenty. Zagrali tam utwory, które znalazły się również na kompilacjach pt. Strategie przeciwko architekturze.

Pałac Republiki w 1977

Wcześniej z wnętrza pałacu usunięto 750 ton czystego azbestu, odsłaniając stalową konstrukcję. Obiekt, który mieścił marionetkowy parlament NRD i centrum rozrywkowe jednocześnie, ustąpił miejsca przyszłemu pięknemu pruskiemu pałacowi z barokową elewacją. Ogrom stali, z której był wykonany symbol kraju Honeckera, popłynął do Dubaju, gdzie został wykorzystany do budowy drapacza chmur. Temat na rzewną piosenkę.

Logo kapeli zamiast herbu NRD

Blixa Bargeld gra na balustradzie