Archiwum

Tag Archives: fotografia

m5

Miasta zawieszone na sputnikach, Krzysztof Meisner

Ściąć czubek góry, żeby zastąpić go budynkiem w tym samym kształcie? Podwiesić miasta na sterowcach albo sputnikach? Zaparkować samochód w szafie? To pomysły projektanta form przemysłowych Krzysztofa Meisnera.

Podobno jest on ikoną polskiego dizajnu. Niestety niewiele o nim informacji  w sieci. Współprojektował skuter Osa, aparaty fotograficzne Alfa i Druh oraz prototypowy samochód Beskid. Napisał 2 książki o projektowaniu samochodów, pod koniec życia Politechnika Koszalińska, gdzie pracował, wydała jego pracę Dizajn.

Skuter Osa

WFM Osa 1959

Beskid

FSM Beskid 1983

Niezwykła jest Auto-architektura wydana w 1966 roku. Niewielka kwadratowa publikacja Ruchu to złośliwy i ironiczny tekst przeplatany pięknymi zdjęciami samochodów i zabawnymi szkicami autora, z których podobno słynął. Meisner rozprawia się tu z nadmierną stylizacją pojazdów, wyśmiewa auto jako miarę luksusu, ale też zwraca uwagę na błędy urbanistyczne i relacje samochodów do architektury. To może banał, ale mimo upływu lat, treść wcale nie straciła na aktualności, a szata graficzna i sposób narracji są niezwykle atrakcyjne i przystępne.

1

Wybrane strony z książki Auto-architektura, Krzysztof Meisner 1966

Wkład Meisnera w dorobek architektoniczny PRLu jest także unikalny. Jego szkice i wizje pojawiły się kilkukrotnie na łamach magazynu Projekt.  Były bardziej prowokacjami, odważnymi wizjami, niż realnymi projektami. Ale on wychodził od logicznej analizy i przenikliwych obserwacji. Zaproponował np. lokalizowanie ośrodków wypoczynkowych na wodzie zamiast na brzegach, uznając, że tak można wyrządzić mniejsze straty dla środowiska i delektować się widokiem wody i krajobrazu. Pływające wyspy mogłyby przemieszczać się, nie pozostawiając po sobie śladu w cennych okolicach.

55

Pływające wyspy, Krzysztof Meisner lata 70.

Podobną wizją podzielił się w projekcie dla Śnieżnika (wykonanym wraz ze studentami PWSP), który w 1975 został zgłoszony na konkurs realizacyjny i otrzymał wyróżnienie specjalne za wkład myśli polemicznych. Tam zaproponował ścięcie szczytu, który jest i tak mało aktywny biologicznie, i zastąpienie go budynkiem. Stąd można by obserwować najlepsze widoki, jednocześnie pozostawiając niezabudowane doliny naturze.

M2

Śnieżnik, Krzysztof Meisner lata 70.

W luźnych propozycjach na domy przyszłości, Meisner stwierdza, że funkcje mieszkania rozpościerają się dziś (lata 70.) na całe miasto (restauracje, przedszkola, zakłady pracy, itp.)  i izba mieszkalna może ulec redukcji. Rzadko się zdarza, aby funkcje izby wypełniane były wszystkie jednocześnie, można je wobec tego uporządkować w czasie i eliminować te, które nie są potrzebne. Meisner pisze wprost o wyłączaniu funkcji. Najważniejsze jest to, że można w pewnym momencie uzyskać eliminację wszystkich funkcji. Odpocząć w ciszy wizualnej.

M3

Nowy dom – izba mieszkalna, funkcja: kuchnia, Krzysztof Meisner lata 70.

M4

Windoauto, Krzysztof Meisner lata 70.

Meisner był wizjonerem i podobne pomysły były realizowane wiele lat później. Wymyślił szkielet wspomagający mięśnie człowieka. Pomysł identyczny jak na Śnieżnik można znaleźć w dorobku awangardowych NL Architects. A domy-szafy budowane były np. przez Shigeru Bana. 

m6

Kolonie domków kempingowych, Krzysztof Meisner lata 70.

M1

Maszyny multiplikujące siłę człowieka, Krzysztof Meisner lata 70.

Reklamy

Wystawa w MWW

Otwarcie wystawy nastąpiło zgodnie z planem. Zaszczyciła nas Pani Jadwiga. Przyszli jej starzy koledzy. Ale przede wszystkim byli młodzi. Tym samym odpaliliśmy Jednostkę Architektury – Fundację pod patronatem Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak. Makiety, rendery, wywiady, zdjęcia Kuby Certowicza, rzuty i stare gazety do obejrzenia (i usłyszenia) w MWW jeszcze do czerwca. Dyrektorka Muzeum – Dorota Monkiewicz zapowiedziała szersze otwarcie placówki na architekturę. A więc do zobaczenia w MWW!

Makieta galeriowca przy Kołłątaja (w tle architekt Stefan Miller), fot. Marek Lamber

Otwarcie wystawy

Otwarcie wystawy - fot. Marek Lamber

Dom naukowca - makieta

Część z renderami budynków, o których opowiada Autorka

Dom Naukowca przy Placu Grunwaldzkim

Gazety znalezione w archiwach

Tekst: Roman Rutkowski

Jaki jest współczesny dom, który przez media określany jest mianem awangardy? Na zdjęciach suchy i sztywny, niemal wyzuty ze wszelkiego życia, jakby nigdy przez nikogo nie zamieszkiwany. Albo może inaczej: zamieszkiwany przez tę samą grupę osób, nieustająco sprzątającą, gustującą wyłącznie w prostokątnych, szarych sofach, na okrągło krojącą zielone pomarańcze dużym, błyszczącym nożem i przyozdabiającą stół śnieżnobiałymi kwiatami w wysokim, przezroczystym wazonie. Te zdjęcia – jak można się domyśleć – nie mówią prawdy. Pokazują stan architektury, który nie istnieje.

Używane w publikacjach architektonicznych zdjęcia są fałszowane podwójnie. Najpierw w trakcie sesji fotograficznej, w czasie której eliminuje się wszystko, co nie pasuje do klarownego wyobrażenia o architekturze. Rzeczy nieładne i niemodne, zbyt jaskrawe i za duże chwilowo się usuwa, albo pozostawiając idealnie wysprzątaną pustkę, albo – co się dzieje w przypadku czasopism wnętrzarskich – zastępując je rzeczami teoretycznie ładniejszymi, bardziej modnymi i bardziej pasującymi do oryginalnej wizji architekta lub też do wizji szefa planu zdjęciowego. Na porządku dziennym jest aranżowanie fotografowanej architektury przy pomocy przywiezionych przez przedstawicieli czasopisma przedmiotów: mebli, obrazów, tkanin. Ale nie tylko na przedmiotach się kończy: w profesjonalne kadry wstawia się również wynajętych statystów. Schludnie ubrani i uczesani, często w nienaturalnych pozach i z nieprawdziwym wyrazem twarzy, mają wnieść to, co chwilę wcześniej fotograf ze zdjęcia zabrał: życie i autentyczność.

Postprodukcja zdjęcia zniekształca obraz jeszcze dalej. Dokonywana jest obróbka kolorów i korekta błędów, zwiększa się kontrast i ogólny odcień, wkleja się trawę i niebo, dodaje różne elementy i odejmuje to, o czym fotograf zapomniał w trakcie zdjęciowej sesji. Znając przykłady ze świata tzw. celebrytów, w którym ciała nagminnie się odchudza, a nawet wymienia wszystko oprócz głowy, nawet nie chcę sobie wyobrażać, co jest możliwe i co już się dzieje w świecie prezentacji architektury. No bo jak inaczej można przełożyć na wnętrze jednorodzinnego domu fakt, że niektóre wyretuszowane modelki na zdjęciach nie mają nawet pępka?

Efektem jest architektura odrealniona i wyidealizowana, rzeczywistość tylko przypominająca. Bliższa bardziej komputerowym wizualizacjom niż prawdziwej atmosferze domu, w którym nie wszystkie przedmioty pochowano w szufladach i w których nawet czasem mocno tkwi swojski nieporządek, staje się – jak brzmi jeden z najczęściej słyszanych argumentów – bardziej muzeum do oglądania niż domem do mieszkania. Tak spreparowane zdjęcia są raczej dziełem skończonym, wręcz totalnym, pozostającym zawsze pod pełną kontrolą architekta, niezmiennie w nieskazitelnym porządku. Przypominające bardziej scenografię mocno krytycznych w stronę modernizmu filmów Jacquesa Tati niż zgodne z pełnymi pokory słowami Le Corbusiera, który po wizycie w zaprojektowanym przez siebie i gruntownie zmienionym przez mieszkańców osiedlu w Pessac po prostu przyznał rację życiu.

Myślę, że dobra architektura nie potrzebuje tego rodzaju wizualnej manipulacji. Dyktat nieskazitelności po pewnym czasie może się znudzić, a nawet stać się męczący. O wiele ciekawszy wydaje się styk między architektoniczną scenografią i akcją, która na jej tle się dzieje. Francuska para architektów Anne Lacaton i Jean-Philippe Vassal z tego styku zrobiła motto swojej architektury. Ich domy – poniekąd banalne dzięki swojej lokalizacji, dzięki swoim zupełnie przeciętnym finansowo klientom i dzięki zastosowanym materiałom prosto z budowlanego supermarketu – są zawsze fotografowane jakby z zaskoczenia, jakby w przerwie między pierwszym i drugim daniem obiadu lub wkrótce po porannym, całorodzinnym rozgardiaszu. Francuzi nie boją się życia w swojej architekturze, ich codzienność i banalność fascynuje chyba bardziej od budowlanej perfekcji.

Powyższy tekst, którym podzielił się z nami autor, został wcześniej opublikowany w oryginalnym rozmiarze w magazynie Autoportret. Roman Rutkowski jest architektem i publicystą, prowadzi pracownię RR-A. Tytuł pochodzi od redakcji.

Parady wojskowe są znane od początków cywilizacji. Ale występy masowe i pochody to domena dwudziestowiecznych reżimów – komunizmu i nazizmu. Na pomysł publicznych ćwiczeń sportowych wpadli Czesi z ruchu Sokół – nacjonalistycznej, paramilitarnej organizacji powstałej w cesarstwie austrowęgierskim pod koniec XIX w.

Praga 1920

Idea jest czytelna – przekreślenie sensu istnienia autonomicznej jednostki na rzecz masy. Zapierające dech w piersiach układy choreograficzne miały budzić poczucie wspólnoty i świadczyć o sile oddziaływania władzy. Bez wątpienia zyskały sens dzięki technikom rozpowszechniania obrazu  – fotografii i kinematografii. Na przykład filmy uprzywilejowanej w III Rzeszy Leni Riefenstahl zostały docenione nie tylko w Niemczech.

Zdjęcie z filmu Leni Riefenstahl – Olimpia 1938

Zdjęcie z filmu Leni Riefenstahl – Olimpia 1938

Jest to specyficzny rodzaj architektury. Anty-architektura zbudowana z ludzi. Do dziś jest wykorzystywana w Korei Północnej do celów reprezentacyjnych i jako narzędzie opresji. Tak samo jak klasycyzujące style architektoniczne stosowane przez upadłych tyranów Europy. Zobacz też wpis Architektura przeciwko ludzkości.

Zeppelinfeld Norymberga 1933

Parady są oczywiście obecne w wolnym świecie i przybierają różne formy, ale przede wszystkim są dobrowolne. Unikalnym zjawiskiem kulturowym jest katalońska dość niebezpieczna tradycja budowania ludzkiej wieży. Obiekt został wpisany nawet na listę UNESCO.

Wieża z ludzi – Hiszpania

Le Corbusier umiał się sprzedać. We wstępie do jego manifestu W kierunku architektury, Jean-Louis Cohen wyjawił kilka manipulacji. Dla podkreślenia własnych tez, mistrz wymazywał tła ze zdjęć, przycinał je i odbijał. Ku chwale prostoty i powściągliwości kościoła Santa Maria w Cosmedin, Corbu pozbył się z fotografii dekoracji i zdobionych kolumn, które nie były mu po myśli.

Santa Maria w Cosmedin (oryginał)

Santa Maria w Cosmedin (wg Le Corbu)

Architekt przykładał wiele uwagi do odbioru jego prac. Wystarczy wspomnieć jedną z największych monografii w historii. Ale dopiero zdjęcie z czasów konkursu na Pałac Sowietów ukazuje dziwną – niemal abstrakcyjną – sytuację. Pierre Jeanneret wraz ze współpracownikiem w tanecznych ruchach odsłaniają makietę budynku, a Le Corbusier przygrywa im na kontrabasie…

Le Corbu Show

Janusz Kondriatuk w 1973 nakręcił film telewizyjny o perypetiach młodego małżeństwa z psem, które mieszka w jednym z wieżowców na Placu Grunwaldzkim we Wrocławiu (proj. Jadwiga Hawrylak-Grabowska). Filmowa rada lokatorów spotyka się w nadbudówkach na dachu, które oryginalnie przeznaczone były jako świetlice dla mieszkańców. Na początku istnienia bloków można było je zajmować na imprezy rodzinne, które jednak wkrótce okazały się za głośne dla lokatorów wyższych pięter.

Poniżej nieoficjalny zwiastun filmu Pies z fragmentem piosenki napisanej i wykonanej przez Zdzisława Maklakiewicza.

I dodatkowo zdjęcie zrobione w tym samym miejscu i czasie (ok. 1973), które dostałem od kolegi Michała.

Plac Grunwaldzki ok. 1973

Z okazji kuriozalnego ataku na budynek Audytorium Chemii wywołanego przez wrocławskie Stowarzyszenie Historyków Sztuki, przypominam wpis z sierpnia 2011.

Jest dżdżysty jesienny wieczór. Tramwaj mija Muzeum Narodowe we Wrocławiu i wjeżdża na Most Pokoju. Z okien widać unoszący się nad ziemią niezidentyfikowany obiekt. Jest daleko, po drugiej stronie Odry. Rozświetlony od spodu, wygląda jakby lądował albo startował. Pod koniec jazdy mostem, widać wreszcie, że to budynek – audytorium Chemii. Tamten klimat udało się odtworzyć dzięki wizualizacjom Grzegorza Kaczmarowskiego.

Chemia 1970 - wizualizacja Grzegorz Kaczmarowski

Chemia 1970 - wizualizacja Grzegorz Kaczmarowski

Chemia 1970 - wizualizacja Grzegorz Kaczmarowski

Budynek Instytutu Chemii powstał w 1970. Został zaprojektowany przez Krystynę i Mariana Barskich. Dzisiaj istnieje realne zagrożenie zniszczenia go przez przebudowę lub nieudolną renowację. Architekci próbują temu zapobiec. Działa SARP, fundacja EMSA, architekt miejski i inni. Poniżej zdjęcia Krzysztofa Smyka stanu budynku sprzed 2 lat.

Wnętrze sali wykładowej, fot. Krzysztof Smyk

Pochylnie prowadzące do foyer, fot. Krzysztof Smyk

Stan obecny, fot. Krzysztof Smyk