Archiwum

Książki

„Bryk do architektury – władza, biznes, ambicja” jest już w księgarniach. Wydany przez Unpubleashed i SARP o/ Wrocław jest kontynuacją pierwszej książeczki z 2011, której wznowienie planowane jest jeszcze w tym roku. Zaprojektowany i złożony przez Pawła Rosnera i Michała Majewskiego z Unpubleashed jest zbiorem anegdot i historii pojawiających się wcześniej na blogu, ale też całkiem nowych.

fot. Dagmara Świętek

Okładka Bryka 2, fot. Dagmara Świętek

W makabrycznej książce Ladislava Fuksa pt. Palacz zwłok (wyd. 1967), mającej miejsce w czeskich Sudetach w 1939, jeden z bohaterów stwierdza, że nowoczesne krematorium jest wydajne, niezawodne i zautomatyzowane jak… hitlerowska armia. Powieściowy pan Kopfrkingl w życiu codziennym wyznaje zasady higieny, realizując się w pracy palacza w miejskim krematorium. Nic nie wskazuje na to, że zamiłowanie do piękna i czystości zamieni się w obsesję, a piece kremacyjne w krematoryjne. Nasuwa się pytanie czy modernistyczna architektura, nie stałaby się synonimem obsesji i zwyrodnienia na punkcie szeroko rozumianej czystości, gdyby nie została odrzucona przez Hitlera i Stalina? Była na dobrej drodze ku kompromitacji w faszystowskich Włoszech, ale także w demokracjach okresu międzywojennego, gdzie zbiegały się fascynacje higieną i czystością rasową – dokładnie jak u Kopfrkingla.

Kopenhaga

Krematorium Marienbjerg, Kopenhaga, proj. Fritz Schlegel, 1937, fot. Caspar Jorgensen via kulturarv.dk

Palenie zwłok ma długą historię, ale dopiero pod koniec XIX w. kremacja przyjęła współczesny wymiar. Modernizacja życia unowocześniła również śmierć.

asplund

Krematorium Sztokholm, proj. Erik Gunnar Asplund, 1940 via erikgunnarasplund.com

Chodziło o względy higieniczne, przestrzenne (brak miejsca na cmentarzach), estetyczne, ale także polityczne i sprawę wiary. Ortodoksyjny Judaizm, Prawosławie, Islam odrzucają kremację,  Kościół katolicki dopuścił ją w latach 60. XX w., za są Protestanci, Hinduizm i Buddyzm. Początkowo o wprowadzenie kremacji zabiegały stowarzyszenia np. Cremation Society of Great Britain czy Die Flamme i Sokół w Austro-Węgrzech. Pierwsze krematoria w Europie powstały pod koniec XIX w. w Niemczech (1878) i Wielkiej Brytanii (1886). Prężne stowarzyszenie Die Flamme (Płomień) nie zdołało doprowadzić do realizacji krematorium w Austrii, ale udało się w czeskim Libercu (1917), gdzie na budynek ogłoszono konkurs architektoniczny. Pierwsze budynki krematoriów odnosiły się do architektury starożytnej (Liberec, Mediolan), w Wielkiej Brytanii kontynuowały styl wiktoriański i przypominały kościoły. Ale wkrótce nowa funkcja stała się powodem powstawania modernistycznej architektury – jak krematoria czystej, higienicznej, zaawansowanej technicznie.  Realizowano bardzo nowoczesne budynki np. w Kopenhadze (Marienbjerg, proj. Fritz Schlegel, 1937),  Hamburgu (Friedhof Ohlsdorf, proj. Fritz Schumacher, 1932) czy Sztokholmie (proj. Erik Gunnar Asplund, 1940).

Hamburg

Krematorium w Hamburgu, Friedhof Ohlsdorf, proj. Fritz Schumacher, 1932.

Kilka ultra-modernistycznych krematoriów powstało w międzywojennej Czechosłowacji: w Pradze (Strasnice, proj. Alois Mezera, 1931-35), Brnie (proj. Arnošt Wiesner, 1930) czy w Ołomuńcu (proj. Alois Sajtar, 1927).

Brno

Krematorium w Brnie, proj. Arnošt Wiesner, 1930.

olomuc

Krematorium w Ołomuńcu, proj. Alois Sajtar, 1927.

Praga Strasnice

Krematorium w Pradze Strasnicach, proj. Alois Mezera, 1931-35.

Modernistyczna higiena architektoniczna zdaje się być w powyższych przykładach uzasadniona, ale palacz zwłok też początkowo był ok. Czy gdyby Germania i Pałac Sowietów, a dalej Pałac Kultury czy Kancelaria Rzeszy były szklano-betonowe jak np. Dom Faszysty w Como, to tak łatwo byśmy dziś mówili o klarowności, przejrzystości i czystości architektury?

Wiele zdjęć, które mogłyby znaleźć się w książce, to słabej jakości reprodukcje, niepodpisane nazwiskami fotografów, niemające jednoznacznie rozwiązanych praw autorskich, albo po prostu mało sugestywne ujęcia obiektów, które już nie istnieją, zostały przebudowane, pozbawione charakterystycznego kontekstu. Dlatego zapadła decyzja o odtworzeniu konkretnych zdjęć w formie stylizowanych na nie ilustracji. Nie tylko z powodów technicznych, ale także w celu dopełnienia opowieści obrazami przedstawiającymi klimat „tamtych” lat.

Garaż w Wenecji, proj. Eugenio Miozzi (1931-34).

Zbliżenie na pas stacji.

Przykładem jest wielopoziomowy garaż w Wenecji – opisany w książce. Jedno z najciekawszych zdjęć, jakie udało się znaleźć, przedstawia budynek w latach 60., otoczony autobusami i samochodami. Przy nim stoi rząd stacji benzynowych różnych koncernów. Ujęcie z góry, powoduje, że stacje nie są wyraźnie widoczne, słaba jakość zamazuje szczegóły, a czarno-biała reprodukcja ukrywa feerię barw, jaka towarzyszyła temu motoryzacyjnemu krajobrazowi – niczym z w filmu Pan Hulot wśród samochodów (1971).

Model sceny.

Podstawowa wizualizacja.

Kolorystyka.

Rekonstrukcja sceny i jej klimatu następuje poprzez odtworzenie przestrzeni w formie modelu trójwymiarowego. Wiele z elementów zostaje dodanych poszlakowo – jak oryginalne logotypy firm (kształt, kolor), samochody, autobusy (jeżdżące wtedy we Włoszech), a także dystrybutory paliwa czy stojące reklamy. Zmiana kąta obserwacji pozwala na lepsze wczucie się w klimat tamtej przestrzeni.

Gotowe ujęcie.

W książce znalazło się kilkadziesiąt takich ilustracji uzupełniających tekst i fotografie – przybliżających potencjalny charakter (często nieistniejących) miast, budynków, prototypów samochodów.

lachert

Wydana właśnie przez Czarne książka Beaty Chomątowskiej Lachert i Szanajca. Architekci awangardy to kolejny ważny tytuł w bibliotece architekta i bardzo ciekawa książka dla ludzi spoza branży. Wartko napisana, pełna barwnych opowieści o świecie międzywojennej awangardy artystycznej i architektonicznej, wreszcie przybliżająca nam najważniejsze postaci polskiej architektury – to zalety, które pojawią się zapewne w wielu pozytywnych, a pewnie i entuzjastycznych, recenzjach. Książka jest wydana z klasą, do czego przyzwyczaiło nas już Czarne – powściągliwa szata graficzna; nieliczne, ale za to sugestywne, ilustracje i niewielki format – to po prostu rzecz, którą czyta się przyjemnie.

Bohdan Lachert i Józef Szanjca byli pionierami modernizmu w Polsce, współpracowali z grupą Praesens (oba numery czasopisma o tym samym tytule z ich projektami do pobrania tutaj), fascynowali się oczywiście Le Corbusierem, Gropiusem czy Rietveldem. Dzięki publikacji możemy poznać metodę pracy słynnej pary zawodowej, ich życie w szerokim kontekście – autorka barwnie opisuje zarówno losy ich przodków, nauczycieli, jak i atmosferę ówczesnej Warszawy.

Wraz z pojawieniem się wcześniej słynnych i świetnych książek Mariusza Szczygła i Filipa Springera udało się zainteresować architekturą szersze grono odbiorców (u Szczygła to Zlin z Gottland). W książce o Lachercie i Szanajcy jest kilka drażniących fragmentów zbyt ewidentnie przypominających, że oto mamy ksiązkę raczej dla ludu, która ma się dobrze sprzedać. I oto na str. 82 dialog: – Dzień dobry, czy to Bohdan Lachert? – Przy telefonie. – Mówi Szymon Syrkus. Nie spotkaliśmy się dotąd osobiście, ale wiele o panu słyszałem. Myślę o stworzeniu grupy… W następnym akapicie: Tak mogła wyglądać tamta pierwsza rozmowa… – pisze Chomątowska. Na dalsze dialogi, ten napisany trochę jak do teatrzyku amatorskiego, rzuca cień. Reszta też jest wymyślona, spreparowana przez autorkę, dla nadania rumieńców tekstowi? Str. 125, na której „zebrano” komentarze przechodniów na temat budowy domu przy ul. Katowickiej: Pan architekt mówi, że jakieś pięć punktów Corbusiera taki dom spełnia. Opis pracy grupy Blok poprzedza podobne w wyrazie, nazbyt familiarne, zdanie: Śmieszna grupa, ci awangardziści (str. 91). No i te domniemania na temat orientacji seksulanej… Być może zgodne to z warsztatem pisarskim, ale wydaje się niekonieczne dla utrzymania zainteresowania czytelnika tematem.

Świetne książki, takie jak ta Beaty Chomątowskiej, wypełniają misję, często pomijaną przez Wydziały Architektury, którą jest edukacja o polskich twórcach. Przy tej okazji warto przypomnieć, że podejmuje się jej także Centrum Architektury (Arseniusz Romanowicz i Piotr Szymaniak; Warszawa Funkcjonalna), krakowski Instytut Architektury (Adolf Szyszko-Bohusz) czy wspomniany już Springer (Zofia i Oskar Hansenowie). Książka Lachert i Szanajca bez wątpienia wzbogaca tę zacną grupę.

Rem Koolhaas jest postrzegany raczej jako intelektualista wśród architektów. Jednocześnie wg Powerhouse Company buduje najwięcej (z grupy laureatów Pritzkera) w krajach pozbawionych wolności, a jego opinie polityczne są zadziwiające. Na przykład w wywiadzie przeprowadzonym przez Hansa Ulricha Obrista stwierdził, że nowe pokolenie decydentów w Chinach, nie dąży obsesyjnie do bogactwa. I dalej:

Uważam, że ciągłe zakładanie bliskiego upadku jest dziennikarską propagandą, tak jak sugestie o „materializmie,  łamaniu praw człowieka i zdobywaniu fortun”.

W zadziwiająco płytkiej rozmowie, Koolhaas jednym tchem mówi o misyjnej (!) roli chińskiej telewizji państwowej, dla której zaprojektował moloch w centrum Pekinu, jak i o społecznej wartości wnętrza opracowanego przez jego biuro dla producenta luksusowej odzieży Prada w Nowym Jorku. Największym jednak problemem nie są dla niego niuanse społeczne fasadowej demokracji gospodarczej ChRL, ale to, że jego wieżowiec jest porównywany do Muzeum Guggenheima w Bilbao… 

Okładka książki.

Okładka książki z wywiadami.

W tej samej książce Koolhaas, opowiadając o ambasadzie Holandii w Berlinie, bez cienia żenady dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat mentalności urzędników wcześniej pracujących w administracji NRD, zauważając, że:

czuli się oni obrażeni liberalizacją Wschodu, która doprowadziła do narzucenia nieelastycznej doktryny urbanistycznej [sic!]. Byli więc niesamowicie pomocni w działaniu na przekór. Myślę, że to dzięki faktowi współpracy z wschodnioniemieckimi urzędnikami mogliśmy eksperymentować.

Ciekawe, czy miał na myśli również byłych funkcjonariuszy Stasi, opowiadając te brednie.

Źródła: Hans Ulrich Obrist, The Conversation Series: Rem Koolhaas, Verlag der Buchandlung Walter König, Köln, 2006; http://www.bureau-europa.nl/documents/Riennevaplus_reader.pdf, s. 31.

m5

Miasta zawieszone na sputnikach, Krzysztof Meisner

Ściąć czubek góry, żeby zastąpić go budynkiem w tym samym kształcie? Podwiesić miasta na sterowcach albo sputnikach? Zaparkować samochód w szafie? To pomysły projektanta form przemysłowych Krzysztofa Meisnera.

Podobno jest on ikoną polskiego dizajnu. Niestety niewiele o nim informacji  w sieci. Współprojektował skuter Osa, aparaty fotograficzne Alfa i Druh oraz prototypowy samochód Beskid. Napisał 2 książki o projektowaniu samochodów, pod koniec życia Politechnika Koszalińska, gdzie pracował, wydała jego pracę Dizajn.

Skuter Osa

WFM Osa 1959

Beskid

FSM Beskid 1983

Niezwykła jest Auto-architektura wydana w 1966 roku. Niewielka kwadratowa publikacja Ruchu to złośliwy i ironiczny tekst przeplatany pięknymi zdjęciami samochodów i zabawnymi szkicami autora, z których podobno słynął. Meisner rozprawia się tu z nadmierną stylizacją pojazdów, wyśmiewa auto jako miarę luksusu, ale też zwraca uwagę na błędy urbanistyczne i relacje samochodów do architektury. To może banał, ale mimo upływu lat, treść wcale nie straciła na aktualności, a szata graficzna i sposób narracji są niezwykle atrakcyjne i przystępne.

1

Wybrane strony z książki Auto-architektura, Krzysztof Meisner 1966

Wkład Meisnera w dorobek architektoniczny PRLu jest także unikalny. Jego szkice i wizje pojawiły się kilkukrotnie na łamach magazynu Projekt.  Były bardziej prowokacjami, odważnymi wizjami, niż realnymi projektami. Ale on wychodził od logicznej analizy i przenikliwych obserwacji. Zaproponował np. lokalizowanie ośrodków wypoczynkowych na wodzie zamiast na brzegach, uznając, że tak można wyrządzić mniejsze straty dla środowiska i delektować się widokiem wody i krajobrazu. Pływające wyspy mogłyby przemieszczać się, nie pozostawiając po sobie śladu w cennych okolicach.

55

Pływające wyspy, Krzysztof Meisner lata 70.

Podobną wizją podzielił się w projekcie dla Śnieżnika (wykonanym wraz ze studentami PWSP), który w 1975 został zgłoszony na konkurs realizacyjny i otrzymał wyróżnienie specjalne za wkład myśli polemicznych. Tam zaproponował ścięcie szczytu, który jest i tak mało aktywny biologicznie, i zastąpienie go budynkiem. Stąd można by obserwować najlepsze widoki, jednocześnie pozostawiając niezabudowane doliny naturze.

M2

Śnieżnik, Krzysztof Meisner lata 70.

W luźnych propozycjach na domy przyszłości, Meisner stwierdza, że funkcje mieszkania rozpościerają się dziś (lata 70.) na całe miasto (restauracje, przedszkola, zakłady pracy, itp.)  i izba mieszkalna może ulec redukcji. Rzadko się zdarza, aby funkcje izby wypełniane były wszystkie jednocześnie, można je wobec tego uporządkować w czasie i eliminować te, które nie są potrzebne. Meisner pisze wprost o wyłączaniu funkcji. Najważniejsze jest to, że można w pewnym momencie uzyskać eliminację wszystkich funkcji. Odpocząć w ciszy wizualnej.

M3

Nowy dom – izba mieszkalna, funkcja: kuchnia, Krzysztof Meisner lata 70.

M4

Windoauto, Krzysztof Meisner lata 70.

Meisner był wizjonerem i podobne pomysły były realizowane wiele lat później. Wymyślił szkielet wspomagający mięśnie człowieka. Pomysł identyczny jak na Śnieżnik można znaleźć w dorobku awangardowych NL Architects. A domy-szafy budowane były np. przez Shigeru Bana. 

m6

Kolonie domków kempingowych, Krzysztof Meisner lata 70.

M1

Maszyny multiplikujące siłę człowieka, Krzysztof Meisner lata 70.

Leon Krier prowadzi wojnę. Ma swojego śmiertelnego wroga. Mówi o nim, że jest fałszywy, anty, pseudo. Oskarża o pranie mózgu, krytykanctwo, niekonsekwencję i oszustwo. Nazywa go modernizmem. Jego wróg jest silny, ale tępy! Tak przynajmniej sądzi Krier.

Leon Krier – Architektura wspólnoty 2011

Właśnie opublikowano po polsku książkę pt. Architektura Wspólnoty. Wydana na bogato, w twardej oprawie, strony z satynowego papieru. Jest pełna interesujących rysunków i wystudiowanych planów. Krier wykłada w niej powody, dla których projektuje klasyczne budynki i preferuje wernakularne rozwiązania. Jego zrealizowane projekty wydają mi się w dużym stopniu przekonujące i spójne. Szczególnie interesujące są plany urbanistyczne składające się z obiektów w różnej skali, o zróżnicowanym charakterze i bogate w różnorodne programy. Krier nie traktuje budynków jako oderwanych od otoczenia – zawsze ukazuje je w szerszym kontekście, który precyzyjnie rozwija w formie zagospodarowania terenu. Wszystkie projekty podporządkowane są jednej zasadzie stylistycznej, co dzisiaj jest co najmniej nieczęste.

Za stylem Kriera jednak kryje się nienawiść. Nienawiść do wszystkiego, co współczesne w sztuce i architekturze. Krier nie bawi się w niuanse – co nie jest klasyczne i wernakularne jest złem i zacofaniem. W swoich wywodach używa ciosów poniżej pasa, ogólnikowych oskarżeń, programowo walczy ze wszystkim, czego nie rozumie (albo udaje). Traktuje swojego wroga jak idiotę. Żali się na przykład, że nazywa się architekturę klasyczną reakcyjną czy faszystowską. Sam jednak używa retoryki nazistowskiej, uderzając w sztukę współczesną. Jego szkic o pluralizmie (prawdziwym i fałszywym) jest żywcem wzięty z krytyki sztuki zdegenerowanej uskutecznianej przez propagandę Goebbelsa. Krier zresztą podkłada się pod te porównania, broniąc Alberta Speera i mówiąc, że jego architektura została skazana podczas procesów norymberskich! Jednym tchem obok zbrodniarza wojennego wymienia Miesa i Corbu, którzy też współpracowali z tyranami. Na pewno ich postępowanie w pewnym sensie jest godne pogardy, ale oni nie nosili nazistowskiego munduru, nie składali zamówień na kamień w obozach koncentracyjnych, nie byli ministrami zbrodniczych rządów. Tych niuansów Krier raczy nie zauważać. Krytykując np. Niemeyera, wyciąga ogólnikowe wnioski, co do architektury modernistycznej, jednocześnie zarzucając zwolennikom modernizmu to, że są uprzedzeni do klasyki jedynie z powodu Speera. Takich pokrętnych tez i sprzeczności jest w książce więcej.

Pluralizm wg Leona Kriera

W rozdziale na temat konserwacji najpierw pisze, że w odróżnieniu od malowidła pochodzącego z ręki artysty, którego nie można zastąpić, budynek przeważnie nie jest tworem całkowicie osobistym i dlatego można go poprawiać. Dwie strony dalej stwierdza, że współczesna konserwacja legalizuje gwałty na budynkach, bo pozwala je rozbudowywać modernistom i aby to dobitnie zilustrować porównuje ten akt do… malarstwa. Mimo takich wpadek Krier czasami sprawia wrażenie, że rzeczywiście chodzi mu o coś więcej. O spokój, harmonię, bezpieczeństwo, jakość i zrozumienie innych. Zaraz jednak odkrywa karty i pokazuje, że to tylko blef. W książce prezentuje swoje ćwiczenia ze studentami Yale. Polegają na przeróbkach moderny na styl wernakularny. W ich rękach budynek Wrighta staje się antyczną willą, dom Le Corbusiera kamienno-drewnianą chatą. Krierowi chodzi więc tylko o sztafaż, kamuflaż. Nie o zasadę przestrzenną, nie o program. O pic.

Budynek Franka Lloyda Wrighta wg Leona Kriera

Jego wywody są niekonsekwentne i wybiórcze. Na przykład porównuje pobieżnie przestudiowane przekroje, aby udowodnić, że mimo zabiegów formalnych, wszystkie budynki mają wewnątrz identycznie płaskie stropy. Wystarczy jednak przyjrzeć się kilku emblematycznym przykładom modernistycznym, aby przekonać się, że wcale tak nie jest i nawet u Corbu (znienawidzonego przez Kriera), rozbudowana bryła budynku niejednokrotnie bezpośrednio wiąże się z układem stopów. Krier jest zwolennikiem zastosowania w konserwacji i projektowaniu oryginalnych bądź regionalnych technik budowlanych. Pomijając fakt, że nie stoi to w sprzeczności z modernizmem, architekt udaje głupiego i nie zastanawia się, czy to jest możliwe w architekturze, która nie jest willą, belwederem czy luksusową książęcą osadą…

Zresztą same projekty ukazują wiele niekonsekwencji z tekstami. Przypory Kriera to tylko dekoracja, gzymsy nie wynikają z żadnej logiki strukturalnej i są doklejone do zwykłej konstrukcji, stylizowane kolumny, o które tak kruszy kopie, są puste i służą rozprowadzeniu wentylacji. Okna w budynkach są najczęściej małe i podzielone szprosami. Tak, jakby klasyczni architekci dzielili je z przekonania, a nie z powodu ograniczonych możliwości technicznych. Krier usprawiedliwia te rozwiązania publicznym gustem, z drugiej strony często mówi o autentyzmie rozwiązań, tak jakby dla publiczności miało to jakieś znaczenie. Żongluje pojęciami bez większego sensu i używa ich tak jak mu wygodnie.

Kolumna w Centrum Architektury w Coral Gables, Floryda – Leon Krier 2005

W książce Krier zamieścił swój neorenesansowy portret namalowany przez kolegę. Architekt stoi między makietami klasycznych budynków. Wygląda jakby właśnie został oderwany od pracy. Z szyi luźno wisi mu biały szal. Tytuł obrazu: Papierowy tygrys. Jego śmiertelny wróg i zwierzyna łowna też są tylko papierowe, bo sam je sobie wymyślił na stronach swojej książki.

Leon Krier, Architektura wspólnoty, wydawnictwo słowo/obraz terytoria 2011

PS Dziwi mnie fakt, że tak kontrowersyjna publikacja staje się podręcznikiem akademickim dotowanym przez Ministerstwo Kultury, kiedy znacznie mniej stronnicze i bardziej kompletne lektury o tematyce architektonicznej nie są w ogóle wydawane po polsku (jak choćby Lekcje… Hermana Hertzbergera). Polecam jeszcze recenzję książki Kriera napisaną przez Deyana Sudjica pt. Niebezpiecznie szalony.