Archiwum

Monthly Archives: Maj 2012

Kiedyś pod zwiewnym żelbetowym dachem przechodzili goście luksusowej restauracji, a obiekt ten był dumą miasta. Wprawdzie Wałbrzych to jeszcze nie góry, ale hotel zlokalizowany przy jego głównej ulicy nosi nazwę Sudety. Wysoka sztaba dominuje otoczenie. Tarasy i schody zewnętrzne są zapuszczone, wszędzie przebijają się chwasty. Bawią się tu dzieci z okolicznych bloków, a rozbite butelki świadczą o wieczornych imprezach. Wolnych miejsc parkingowych jest tu więcej niż za komuny. Cały obiekt jest pusty, wygląda na nieużytkowany od kilku lat. Zachowały się stare materiały, stolarka, nawet oryginalne logotypy. Czuć ducha epoki.

Hotel Sudety, Wałbrzych

Hotel Sudety, Wałbrzych

Hotel Sudety, Wałbrzych

Reklamy

Nieistniejący już squat w Barcelonie 2011, fot. Krzysztof Smyk

Do niedawna Hiszpania była mekką nie tylko dla architektów. Dzisiaj stamtąd dochodzi głos Jose Luisa Sampedro, który wieści głęboką zmianę systemu opartego na władzy pieniądza. Ten 95 letni starzec stał się mentorem Oburzonych, którzy przeciwstawiają się totalitaryzmowi banków. Napędza ich światowy kryzys. Kiedy oficjalne wskaźniki gospodarcze dołują, a agencje ratingowe z dnia na dzień obniżają wartości poszczególnych państw, w siłę rosną indywidualne inicjatywy i zachowania obywatelskie.

Równocześnie w niesamowitym tempie rozwija się tzw. szara strefa, która już dziś stanowi połowę rynku światowego. Robert Neuwirth, który bada działania przedsiębiorców w cieniu systemu (wykluczając handlarzy broni, narkotyków, prostytucję, itp.), uważa, że gdyby zebrać całą ich aktywność w jednym państwie (np. USSR – United Street Sellers Republic, ang. Republika Zjednoczonych Handlarzy Ulicznych), pod względem PKB ustanowiłoby ono drugą potęgę za Stanami Zjednoczonymi (z PKB 10 bilionów $). Co więcej, nie jest to wcale rynek zacofany. To tutaj, w odpowiedzi na bezpośrednie wymogi klientów, powstają innowacyjne produkty, nie odbiegające jakością od znanych marek. Neuwirth podaje przykład: w Afryce pojawia się zapotrzebowanie na telefony z dwiema kartami SIM (chodzi o tańsze rozmowy w różnych sieciach); do fabryki w Chinach, gdzie łatwo o wizę,  przybywa zleceniodawca; fabryka wykonuje pracę bez zbędnych formalności; produkty szmuglowane są na targowiska w Afryce, gdzie sprzedają się jak świeże bułeczki. Jakość tych dóbr według badań specjalistów także okazuje się zadziwiająco wysoka i np. Guuucci niewiele różni się od oryginału.

Uwolnienie się od propagandy korporacyjnej, które jest inspirowane przez Sampredo i przewidywania ekonomistów co do rozrostu szarej strefy, skłaniają do zastanowienia nad rolą architekta w mieście przyszłości. Zrobili to m.in. autorzy książki Coś, które nadchodzi. Architektura XXI wieku pod redakcją Bogny Świątkowskiej. Lejtomotivem publikacji są odwołania do protestów Oburzonych i analiza tymczasowych struktur przestrzennych. Na przykład architekci Małgorzata Kuciewicz i Tomasz Gancarczyk pod hasłem Yes we camp przedstawili typologię namiotów, ponieważ tworzą one istotny, stale przemieszczający się element heterotopii miasta – zupełnie tak jak parasole i stoliki, składające się na nielegalne stragany.

Więcej, tkanka żywego miasta to nie tylko przenośne konstrukcje, stanowiące opozycję do gmachów reprezentujących system, ale także tymczasowe programy użytkowe. Na przykład działania grup squattersów niejednokrotnie ożywiają w sposób nieformalny dzielnice, w których powstają ich tymczasowe komuny. Niszczejące pustostany przejmowane są przez grupy zajmujące się organizacją spotkań, dyskusji, wykładów i przedstawień. Wydarzenia te mają miejsce w budynkach zupełnie nieprzystających do ogólnie obowiązujących standardów, ani tym bardziej niespełniających wygórowanych normatywów budowlanych. Mimo to świetnie działają. Co więcej, np. warszawscy squattersi wychodzą z inicjatywą rozwiązywania problemów społecznych w zakresie mieszkalnictwa poprzez organizację spotkań z władzami i mieszkańcami. Włodarze powoli zmieniają też stosunek do takich oddolnych inicjatyw – od wrogości do współpracy. Można dodać jeszcze, że w podobnym tonie brzmi ożywione ostatnio hasło partycypacja. Tu chodzi o zaangażowanie przyszłych użytkowników przestrzeni w proces jej projektowania i tworzenia.

Nieistniejący już squat w Barcelonie 2011, fot. Krzysztof Smyk

Dokąd prowadzi zainteresowanie architektów tymi zagadnieniami? Trudno oprzeć się wrażeniu, że równie gorąca dyskusja na te same tematy toczyła się pod koniec lat 60. Podobnie jak dziś strajki ogarnęły całą Europę (Gorąca Jesień we Włoszech, Provo w Holandii, maj 1968 we Francji czy marzec w Polsce), a w pismach architektonicznych pojawiło się wiele identycznych obserwacji – analizowano koczownicze zwyczaje hippisów, happeningi i teatry uliczne, tymczasowe komuny czy obiekty pneumatyczne. Wdrażano także ideę partycypacji w projektowaniu założeń mieszkaniowych (Lucien Kroll) czy niezależną sztukę w przestrzeni publicznej (James Wines). Wszystko jednakowo w opozycji do monumentalnej architektury, reprezentującej znienawidzony system. Czy nie naturalnym następstwem postulatów o swobodzie wyrazu i szacunku dla indywidualności stał się wtedy historyzujący postmodernizm, który do dziś przyozdabiany jest hasłami o prawdziwej demokracji (Leon Krier)?

Skrajnie lewicowe poglądy brzmią w Polsce dość znajomo i trudno się z nimi utożsamiać tym, którzy pamiętają kraj sprzed 1989. Wprawdzie młodzi zastąpili mityczne wyobrażenia Che Guevary i Mao (z którymi obnosili się studenci we Francji) maską z komiksu V jak Vendetta, a komórki i portale społecznościowe bardziej zdynamizowały niezadowolonych i pozwalają im na lepszą wymianę intelektualną. Czy lewackie podejście do przestrzeni miejskiej jest tylko wentylem, niegroźną opcją, czy ma szansę stać się działaniem na szerszą skalę jako przeciwwaga do zawłaszczania miast przez korporacje, wygórowane normatywy i sztucznie ustalone standardy? Czy wreszcie system nie przygarnie tych idei jako haseł reklamowych i całkowicie ich nie wypaczy, jak ma to miejsce np.  w Chinach, które realizują dziś na potęgę utopie architektoniczne Świata Zachodniego lat 60.?

Szeroko rozumiana szara strefa (od handlarzy ulicznych po squattersów) zdaje się nie potrzebować architektów, którzy są reprezentantami systemu. Namioty, przenośne stragany, tymczasowe sceny nie wymagają dizajnu, ale organizacji. Czy architekci są przygotowani na choćby częściowe porzucenie ambicji projektowych na rzecz koordynacji, negocjacji i animacji zdarzeń?

W opozycji do opisywanych przykładów na okładce ostatniej Architektury widnieje superluksusowy budynek handlowy pokryty czarnym kamieniem – arogancka świątynia pieniędzy. Jego współautorka z dumą opowiada o wizerunku architekta podkreślanym przez czarnego jaguara i skórzany płaszcz. Mówi o umiejętnościach przekonywania inwestorów do wydawania większych pieniędzy na takie gmachy…

O nowych programach, o przestrzeni społecznej i więcej wątpliwości prawdopodobnie już wkrótce.

Korzystałem m.in. z: Bogna Świątkowska (red.) Coś, które nadchodzi. Architektura XXI wieku, wyd. Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2011; Aleksandra Lipczak, Nadchodzi nowy, lepszy świat – wywiad z Jose Luisem Sampredo, Gazeta Wyborcza 18.04.2012; Robert Neuwirth, The Shadow Superpower, Foregin Policy; Robert Capps, Slumdog Economist, Wired 01 2012.