Archiwum

Monthly Archives: Kwiecień 2012

Claude Parent interesował się bunkrami, elektrowniami atomowymi, życiem na pochyłości. Tym co racjonalny, poprawnie zorientowany architekt traktuje co najwyżej jako ciekawostkę. Jego zainteresowania znajdowały jednak odzwierciedlenie zarówno w utopijnych projektach jak i realizacjach, część których powstało we współpracy z Paulem Virilio.

Virilio zafiksowany na punkcie obronności, jedną ze swoich książek poświęcił rozwojowi miast powodowanemu postępem militarnym (Prędkość i polityka). Inna nosi tytuł Archeologia bunkrów i zawiera czarno-białe fotografie umocnień z czasów II Wojny Światowej na terenie północnej Francji.

Parent – architekt bez dyplomu i Virilio – teoretyk kultury i urbanistyki, razem sformułowali w latach 60. jedną z najciekawszych teorii architektonicznych XX w. O tym pisałem wcześniej – zobacz wpis Poważny człowiek. Jako swoje pierwsze i ostatnie wspólne dzieło zbudowali kościół Świętej Bernadetty w Nevers. Jest to żelbetowa, ciągła skorupa, niemal identyczna jak niemieckie schrony, o których tak pisał Virilio:

Kiedy podszedłem do jednego z nich miałem wrażenie, że to zwierzę, szkielet wymarłego gatunku porzucony w piasku… Po wejściu, przytłoczył mnie specyficzny ciężar, odczułem grubość ścian, fizyczność otoczenia spotęgowała zmysły i kierowała moim ruchem… Te prymitywne budowle są nową architekturą opartą nie na proporcjach ale na fizycznych zdolnościach człowieka.

Kośćiół w Nevers - proj. Paul Virilio, Claude Parent 1966

W wyniku strajków studenckich maja 1968 we Francji, ich współpraca zakończyła się. Parent próbował jednak rozwijać wspólnie wypracowane idee. Eksperymentował z pochylniami np. w projekcie na pawilon francuski w Wenecji w 1970. Tam wypełnił wnętrze skosami, które można było użytkować, a część z nich pokryto pracami artystów.

Pawilion francuski w Wenecji - proj. Claude Parent 1970

Pawilion francuski w Wenecji - proj. Claude Parent 1970

Na początku lat 70. zbudował dwa bunkry, w których mieściły się… podmiejskie supermarkety Gem. Pierwszy w Ris-Orangis zdaje się wyrastać z ziemi, dosłownie jak lekko przechylone w wyniku erozji umocnienia na plażach Normandii. Drugi załamuje się ku środkowi, jakby trafiony bombą.  Ruch po pochylniach jest tu jednak bardziej podyktowany używaniem wózków sklepowych niż ideą prędkości i wielofunkcyjności. W odróżnieniu od umocnień Hitlera, których nie opłacało się burzyć, markety Parenta nie wytrzymały próby czasu, bo miały przynosić zyski. Wprawdzie nie zostały zburzone, ale oblepione bardziej przyjaznymi wejściami, blachą i logotypami sieci Carrefour. Biznes oswoił nawet wymarły gatunek.

Supermarket w Ris-Orangis - proj. Claude Parent 1973

Supermarket w Ris-Orangis - proj. Claude Parent 1973

Super Magasin Reims Tinqueux - proj. Claude Parent 1970

Super Magasin Reims Tinqueux - proj. Claude Parent 1970

Źródła: Paul Virilio, Claude Parent, Architecture Principe 1966 and 1996, Les editions de l’imprimeur; AA 1970 i 1973, Paul Virilio, Prędkość i polityka, SIC! 2008; Paul Virilio, Bunker Archeology, Princeton Architectural Press 2008.

Reklamy

Architektura zintegrowana z infrastrukturą drogową okazała się porażką lat 60. i 70. Szkoda, że wizje architektów się nie spełniły. Wygląda na to, że pędzące, głośne i smrodzące samochody po prostu nie nadążyły za optymizmem urbanistów… Poniżej kilka fascynujących obrazków z tamtych lat.

Konkurs U.A.M. - proj. Feduchi, Fernandez Alba, Mata, Serano (1969)

Zachodni rejon Warszawy - proj. B. Chyliński z zespołem (1973)

Zachodni rejon Warszawy - proj. B. Chyliński z zespołem (1973)

Kadr z komiksu Michel Vaillant - rys. Jean Graton (1975)

Pampus - miasto na wodzie - proj. J.B. Bakema, J.H. van den Broek (1965)

Brak danych

Wienerflur - proj. Rupert Falkner (1970)

The cars hiss by my window like the waves down on the beach – refren piosenki The Doors z albumu L.A. Woman  (1971).

Wiemy już, że jako architekci jesteśmy jedyną grupą zawodową, która wykonuje ogrom pracy za darmo. Najlepszym przykładem są konkursy architektoniczne, które dla wielu z nas są jedyną szansą zdobycia interesujących zleceń. Nie wymyślono jednak lepszego sposobu na dobrą architekturę i nie podważam tu ich zasadności. Chodzi mi o wzrastającą pychę inwestorów ogłaszających konkursy i krótkowzroczność uczestniczących w nich architektów.

Projektantom nie starczają nigdy same warunki wyjściowe, ograniczające ich pole działania. W procesie konkursu zgłaszają wiele pytań, w których domagają się jednoznacznych odpowiedzi na wszelkie wątpliwości. O ile  pewne braki w informacji wyjściowej mogą wymagać uzupełnienia, to bardzo często pojawiają się pytania w charakterze czy można? To już pokazuje słabość uczestników. Co więcej, kiedy zwycięski projekt jest niezgodny z warunkami (załóżmy, że dzięki temu jest najlepszy), przegrani podnoszą larum i sypią się protesty. To wynika tylko z krótkowzroczności architektów, którzy tym samym odbierają sobie prawo dyskusji i w efekcie pozbawiają się realnego wpływu na przestrzeń. Próbując zamknąć się w ramach czytelnej gry o ustanowionych regułach, chcą działać odtąd dotąd, być jak sportowcy zawodowi – maszynkami do osiągania mierzalnych wyników.

Z drugiej strony organizatorzy konkursów próbują jak najwięcej określić. Do tego dochodzą ambicje architektów zwykle piszących warunki, którzy często prześcigają się w dopowiadaniu programu do ostatniego szczegółu. Wprowadzenie zapisów takich jak wysokość poszczególnych pomieszczeń (uznaniowa w przypadku np. holu wejściowego), określenie obowiązujących schematów funkcjonalnych czy po prostu podziału na pomieszczenia (co jest normą) – wyklucza architektów z najważniejszego etapu projektu, którym jest programowanie. To jednak nie przeszkadza im tak, jak niedopowiedzenia. Sami więc przyjmują na siebie rolę układaczy pomieszczeń i malarzy elewacji.

Przegięciem są niewiarygodnie rozrośnięte wymogi dotyczące zakresów opracowań konkursowych: rysunki w skali 1/100 (odpowiedniej dla projektu budowlanego), detale architektoniczne (w skali 1/20), wizualizacje, kosztorysy, bilanse, itd. Mimo i tak już ciężkiej pracy, organizatorzy zwyczajnie naciągają architektów na dodatkowe koszty, np. poprzez wymóg druku dodatkowych kopii plansz w formacie A3. Czyżby po to, żeby wspaniali sędziowie mogli wziąć  sobie materiały do domu? Nadzwyczajną pychę okazali organizatorzy jednego z ostatnich konkursów (firmowanego przez SARP, a jakże!), gdzie w warunkach nakazano wykonanie w planszach otworów, umożliwiających ich powieszenie!

Wystawa w MWW

Otwarcie wystawy nastąpiło zgodnie z planem. Zaszczyciła nas Pani Jadwiga. Przyszli jej starzy koledzy. Ale przede wszystkim byli młodzi. Tym samym odpaliliśmy Jednostkę Architektury – Fundację pod patronatem Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak. Makiety, rendery, wywiady, zdjęcia Kuby Certowicza, rzuty i stare gazety do obejrzenia (i usłyszenia) w MWW jeszcze do czerwca. Dyrektorka Muzeum – Dorota Monkiewicz zapowiedziała szersze otwarcie placówki na architekturę. A więc do zobaczenia w MWW!

Makieta galeriowca przy Kołłątaja (w tle architekt Stefan Miller), fot. Marek Lamber

Otwarcie wystawy

Otwarcie wystawy - fot. Marek Lamber

Dom naukowca - makieta

Część z renderami budynków, o których opowiada Autorka

Dom Naukowca przy Placu Grunwaldzkim

Gazety znalezione w archiwach

Galeriowiec przy ul. Kołłątaja - Jadwiga Grabowska-Hawrylak 1961

Budynki Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak są najbardziej rozpoznawalnymi obiektami z czasów PRL we Wrocławiu. Panująca moda na lata 60. i 70. nie jest jednak dla decydentów wystarczającym powodem  do refleksji nad stanem tej architektury. Wystawa jest optymistyczną wizją przyszłości tych budynków, zbyt często zaliczanych do błędów przeszłości. Na wystawie zaprezentowane zostaną: makiety, wizualizacje, rzuty i archiwalne artykuły oraz specjalnie przygotowane zdjęcia. Cały materiał wystawy jest nowy i nie był wcześniej publikowany. Więcej informacji na stronie Muzeum Współczesnego Wrocław i Jednostki Architektury.

Wystawę przygotowali: Natalia Rowińska, Łukasz Wojciechowski, Marek Lamber, Agnieszka Hałas, Patryk Galiński, Joanna Major, Mikołaj Smoleński. Zdjęcia wykonał: Jakub Certowicz. W imieniu organizatorów zapraszam na wernisaż 14 kwietnia (sobota) 2012, godz. 17.00, MWW Plac Strzegomski 2a, Wrocław. Podczas otwarcia do nabycia będzie katalog wydany w bardzo ograniczonym nakładzie. Po otwarciu wystawy blog niepokoje wraca do normalnego tempa.

Katalog wystawy - proj. Jednostka Architektury

Katalog wystawy - proj. Jednostka Architektury

W XX w. architekci niejednokrotnie mieli ambicje  projektować nie tylko budynki, ale i np. samochody. Tak robił Le Corbu, Gropius czy Fuller. Ich realizacje były jednak bardziej ubieraniem pojazdów w nowe skórki. W latach 70. wozy wymyślane przez architektów stały się bardziej społeczne. Wzorując się prawdopodobnie na autobusach szkolnych adaptowanych przez hippisów na  domy na kołach, projektanci myśleli o samochodach nie tylko w kontekście przemieszczania się, ale także spędzania czasu w towarzystwie innych pasażerów. Bo czym innym jest praca architekta jak nie organizowaniem spotkań?

Pracownia Van Ginkel Assoc. zrealizowała prototyp mini-autobusu dla Nowego Jorku, który poza nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi (klimatyzacja, ogrzewanie, zdejmowane okna) był wyposażony w fotele skierowane do wnętrza – tak, aby pasażerowie mogli swobodnie się widzieć i rozmawiać. Nie był większy od Caddilaca, a mieścił 15 osób plus kierowcę.

Mikrobus dla Nowego Jorku, proj. Van Ginkel Assoc.

Mikrobus dla Nowego Jorku, proj. Van Ginkel Assoc.

Włoscy projektanci (Mario i Dario Bellini, Fancesco Binfare, Giorgio Origlia) poszli nawet dalej. Ich Kar-a-sutra to Sodoma i Gomora na kółkach – wystarczy spojrzeć na schematy możliwości użytkowania pokładu. Niewątpliwe jest to twórcze podejście do projektu samochodu, pytanie czemu się nie przyjęło? Częściowo odpowiadają na to sami autorzy: Jaki kierowca mógłby skupić się na prowadzeniu tego ziemskiego raju? 

Kar'a'sutra - schematy użytkowania, proj. Marco Bellinni 1972

Kar'a'sutra, proj. Marco Bellinni 1972

Kar'a'sutra, proj. Marco Bellinni 1972

Zobacz projekt na stronie Mario Belliniego.