Archiwum

Monthly Archives: Marzec 2012

Lata 40. XX w. to Ameryka wielkich biznesów i projektów. Kraj odbił się od kryzysu, przemysł zajął się wojną na Pacyfiku i w Europie. Ku przerażeniu i zachwytowi Amerykanów zdetonowano bombę nuklearną w Japonii. W tym czasie w Nowym Jorku planowano dwie mega inwestycje. Jedna nosiła nazwę Miasta X, druga była wielkim podziemnym schronem atomowym. Ukazują one dwie obsesje Ameryki – rządzę ekspansji i paniczny strach.

Miasto X rys. Hugh Ferriss

Sala koncertowa z widokiem na East River w Mieście X - rys. Hugh Ferriss

Miasto X miało zająć niebywały obszar 6 kwartałów (od 42. do 48. i od Pierwszej Alei do East River), połączonych w jedną działkę. Zaplanowano tam ogromne centrum biznesu i rozrywki, gdzie drogi szybkiego ruchu przecinały się z budynkami i ciągami pieszymi w jednej wielkiej strukturze. Projekt był zainicjowany przez milionera Williama Zeckendorfa – dewelopera, który chciał przyćmić plany Napoleona III. Wieże biurowe i mieszkania dla 1 500 rodzin miały być obsługiwane przez parking na 5 000 samochodów i powiązane z systemem ogrodów. Całość z widokiem na East River.

Drugą skrajnością planowaną w latach 40. było miasto podziemne, do którego prowadziłyby wielopasmowe ulice, szybki transport i gdzie zlokalizowano tymczasowe mieszkania i funkcje komercyjne. Projekt przedstawiła administracji firma prywatna zajmująca się pracami podziemnymi, która niewątpliwie chciała zbić interes na strachu przed atakiem na USA (czy miałaby to być wtedy Japonia czy nazistowskie Niemcy wyposażone w rakiety). Ogromne piwnice nie są pozbawione projektowego rozmachu, który w swoich charakterystycznych rysunkach przedstawiał Hugh Ferriss – odpowiednik dzisiejszego 3D Max z nakładką atmosferyczną.

Miasto podziemne - rys. Hugh Ferriss

Miasto podziemne - rys. Hugh Ferriss

Źródła: Hugh Ferriss, A Master Draftman’s Record 1920-1950, Dover; Life 10/1946.

Reklamy

Przyzwyczailiśmy się, że reklama kłamie, albo co najmniej upiększa rzeczywistość. Jednak amerykańskie reklamy w pismach architektonicznych lat 70. zdają się ukazywać więcej prawdy niż same artykuły.

Pokój szefa

Wielkopowierzchniowe biuro

W ich interpretacji może istnieć jednak duża rozbieżność. Ci, którzy pamiętają tamten czas w Polsce (zobacz poprzedni wpis) często nadal biorą kolorowe zdjęcia i przedstawione produkty for granted jako coś z innego świata, coś niesamowicie eleganckiego i nowoczesnego w kontekście otaczającej nas wtedy siermięgi. Inni mogą zobaczyć tu jednak prawdę o wielko powierzchniowych biurach, o sztucznych materiałach, o korporacyjnym praniu mózgów.

Sufit rastrowy, paprotki

Podniesiona podłoga, doniczki

Modułowe sufity, wykładziny, zagródki dla pracowników biurowych, paprocie w doniczkach, zasłonięte żaluzje w oknach i listwy antypoślizgowe na schodach. Pełna gama produktów, które zrobiły z architektury scenografię dla wyborów pracownika miesiąca. Wtedy to były nowości i jak widać na reklamach przedstawiano takie przestrzenie z pełną naiwności dumą.

Sufit rastrowy

Miejsca pracy

Interesujący komentarz do ówczesnej sytuacji w USA dopisał Stanley Tigerman. Na zlecenie Federalnego Programu Rozwoju Projektowania znani architekci mieli przedstawić koncepcje modelowych przestrzeni wypoczynku z uwzględnieniem wytycznych GSA (General Services Admistration) – organizacji zajmującej się zaopatrzeniem biur rządowych. Tigerman zaprojektował patriotyczne zagródki, z której każda wyposażona została w narodowe atrybuty (m.in. zdjęcie Jimmiego Cartera). Tak dopełnił obraz lat 70. jako czasu hodowli ludzi sukcesu i miłości do kraju.

Federal Design Assembly, Waszyngton - Stanley Tigerman (1978)

Korzystałem z Progressive Architecture rocznik 1978.

Dzika łąka z pozostałościami po budowie - Gdańsk-Oliwa lata 70.

Czasami trudno nam dziś zrozumieć niechęć do architektury PRL. Budowano wtedy przecież dobre, oszczędne w formie, racjonalne obiekty. Wbrew pozorom, problem nie zawsze tkwi w samej architekturze, ani nawet w jej niechlujnym wykonaniu.

Kilka lat temu wydano mini album pt. Pogoda ładna Mikołaja Długosza. Tam opublikowano widokówki z lat 60. i 70. Niby wszystko jest ok. Ale po przybliżeniu okazuje się, że to tylko pozory. Krzywe chodniki, pijacy śpiący na ławkach, śmieci na trawnikach. Przestrzeń należąca do wszystkich, to przestrzeń niczyja. W Amatorze Krzysztofa Kieślowskiego jest scena, w której Filip Mosz na jednym ujęciu filmuje odnowiony front kamienicy i niewyremontowany tył budynku wraz z zapuszczonym dziedzińcem. Fasadowość była jedną z cech tamtego systemu.

Śmietniki pod ścianą szczytową gmachu urzędu w Wołominie

Filip filmuje tył kamienicy - Amator, reż. K. Kieślowski 1979

Wydaje się, że to otoczenie architektury PRL decydowało w dużym stopniu o jej odbiorze. Kiedy przyjrzeć się fotografiom z lat 70. widać, że nowe budynki były wyspami ładu w morzu niechlujstwa. Dokoła nieskoszona trawa, zasieki, pozostawione i zarośnięte chwastami materiały budowlane, zaniedbane place i samochody stojące gdzie popadnie.

Oddany do użytku zespół uniwersytecki w Toruniu 1975

Długa tradycja parkowania pod samym wejściem na chodniku - lata 70.

Ciężar tych wszystkich problemów ponosi dziś architektura. Nikt nie krytykuje niezagospodarowanych pól przed budynkami, które miały być skwerami. Zapomina się o idei tzw. zieleni izolacyjnej, której hektary oddzielały budynki od siebie. Wreszcie mało kto pamięta o przerośniętej infrastrukturze drogowej i połaciach płyt betonowych i chodnikowych tworzących dziwaczne place bez funkcji. Albo o dzikich łąkach pozostawionych na osiedlach jako rezerwa pod przyszłą zabudowę.

Mała architektura

Wartburg stoi na trawniku - dokoła morze płytek chodnikowych

Istniały wtedy wprawdzie pojęcia małej architektury i projektowania zieleni, rzadko jednak była mowa o spójnym krajobrazie. Z jednej strony architekci myśleli o rzeźbach miejskich jako urozmaiceniu przestrzeni, z drugiej stały one na dzikich trawnikach. Małe elementy takie jak opony traktorów czy prefabrykaty żelbetowe wypełnione ziemią były substytutem projektów krajobrazowych z prawdziwego zdarzenia. Obraz dopełniały stalowe kosze na śmieci przypominające wiadra czy byle jakie standardowe ławki. Co z tego, że budynki były czasami w porządku, skoro tkwiły w z góry przegranym otoczeniu.

Nowy budynek - płytki, chwasty i smoła na cegle - Gdańsk-Oliwa

Przed budynkiem pole trawy, po prawej zasieki - Stara Wieś

Zdjęcia pochodzą z Architektury rocznik 1975.

Frank Lloyd Wright był typowym celebrytą. Garnął się do prasy jak ćma do światła, ale gdy tylko pisano o nim niepochlebnie, śmiertelnie się obrażał, czuł się dotknięty, histeryzował. Słynął z ciętych uwag, z bezlitosnego krytykanctwa młodszych kolegów, z bon-motów, którymi karmił dziennikarzy. W amerykańskiej prasie z pewnym podziwem opisywano jego bezkresną arogancję.

Zapytany w sądzie o zawód, odpowiedział, że jest najlepszym architektem na świecie. Gdy jego dziewczyna, zwróciła mu potem uwagę, że był chyba nieskromny, odparł: Kochanie, ależ odpowiadałem pod przysięgą. Wright uwielbiał pławić się w luksusie mimo ciągłych problemów finansowych. Jeździł topowymi furami: odkrytym, indywidualnie przerobionym Stoddardem Daytonem; pomalowanym w rdzawy pomarańcz jak ziemia Taliesina sportowym L-29 Cordem Phaetonem; a pod koniec życia legendarnym Mercedesem 300SL Gullwing z drzwiami otwieranymi do góry. Lubił szpanować.

Cord Phaeton Wrighta po kolizji z ciężarówką

Wright lekceważył konkurencję. W 1928 stwierdził, że to co robi Le Corbusier było w jego architekturze 25 lat wcześniej. Wizytę w budynku Saarinena podsumował: Pomyślałem, co za wielki architekt! – ze mnie. O pracowni Skidomore Ownigs & Merill mówił, że to trzech ślepych Miesów. Johnsona spytał: Filipku, a pozwolą ci te twoje budynki wystawić na deszcz?  O Empire State: To złodziej który wywyższa się przed oczami obrabowanych… O tworzenie własnego mitu dbał jednak jak nikt (może poza Johnsonem, który w przeciwieństwie do Wrighta nigdy nie zbudował czegoś oryginalnego). W tym celu zaprzyjaźnił się z redaktorem naczelnym Architectural Forum i uzyskał bezpośredni wpływ na publikacje w tym ważnym magazynie. Obszerne artykuły o nim pojawiały się w Life, znalazł się również na okładce Time.

Ze sławy korzystał garściami. Na przykład: ponieważ miał wielu chętnych na praktykę, pobierał od swoich uczniów 1100$ miesięcznie i zatrudniał ich w pracach ogrodowych i gospodarczych. Nie wykształcił jednak żadnego wybitnego praktyka, a tylko ślepych epigonów.

Architekt angażował się także politycznie, jednak z właściwą sobie lekkością ducha. W 1937 wybrał się do Związku Radzieckiego, w którym się niemal zakochał. Ekscytował się: 144 kraje ożywione, kolorowe w swej indywidualności, złączone we wspólnej nadziei i wspólnym celu. Korespondował z Prawdą i Architekturą ZSRR. Z jego tekstów bije typowa naiwność zachodnich lewaków zafascynowanych rewolucją. Wywiad Stalina musiał być bardzo zadowolony z jego słów, bo każdy przekabacony zachodni intelektualista był dla nich sukcesem w promocji komunizmu na świecie i tuszowaniu swoich zbrodni.

Wright w Moskwie 1937

Wright w Prawdzie (1933):

Kapitalizm to hazard. Trudno jest wyleczyć hazardzistę z hazardu. Każdy w tym kraju bogaty i biedny woli ryzyko hazardu dla wielkiej fortuny niż wolniejszy wzrost dla osobistego szczęścia.

W swoich wynurzeniach nie ograniczał się jedynie do komentarzy, ale posuwał się do skrajnych apeli:

Zburzcie te wstrętne renesansowe konstrukcje wznoszone przez głupich królów i książąt Kremla. Formalne planowanie, klasyczne porządki, błyszczące żyrandole i sklepione sufity nie niosą żadnego śladu szlachetności.  

Tak też zrobiono. Choć pochodząca z Rosji nowa żona architekta – Olgivanna, była niezwykle ostrożna i podejrzliwa wobec fasadowych spotkań w ZSRR, a amerykańska prasa wyzywała go od czerwonych, Wright był głuchy na krytykę.

Jeśli Trockiści twierdzą, że Stalin zdradza rewolucję, to cóż – przecież oddaje ją w ręce ludu, co jest może ze szkodą dla światowego komunizmu, ale raczej bez szkody dla Rosji.

Jeszcze w 1948 (kiedy Zachód wiedział o wiele więcej o stalinowskich zbrodniach i zapadła już Żelazna Kurtyna) sfinansował konferencję kulturalną w Nowym Jorku z udziałem oficjalnych przedstawicieli sowieckiego reżimu. W 1957 zapytany, niejasno tłumaczył się ze swoich lekkomyślnych wyborów:

A umiecie odróżnić ludzi od władzy? Dla mnie to łatwe. Rząd może być organizacją gangsterską i w Rosji tak jest… Myślę jednak, że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, co się z nimi dzieje.

W tym czasie miliony niezdających sobie sprawy leżało w świeżo zakopanych grobach zbiorowych, a system operujący maszynką do mięsa był silniejszy dzięki głupocie takich naiwniaków jak Wright, który głosząc ideały socjalistyczne, bezceremonialnie obwoził się lśniącymi roadsterami.

Źródła: Peter Blake, Frank Lloyd Wright – architektura i przestrzeń, WAF 1990; AD 71 / 2001; Frank Lloyd Wright, Collected Writings, vol. 3 1931-1939, Rizzoli; Life 8/1946.

W powojennej Japonii brakowało materiałów budowlanych. Do realizacji funkcji publicznych konieczne było przetwarzanie istniejących budynków, które straciły rację bytu. Tak narodził się metabolizm. Awangardowe, technokratyczne i heroiczne wizje całych miast opartych na mega strukturach miały swój początek w pragmatycznym wykorzystaniu śmieci.

Dwie odwrócone części przeciętego trójkątnego dźwigara, Kiyonori Kikutake 1956

Kiyonori Kikutake – autor emblematycznych projektów takich jak Sky House, jeden z prekursorów metabolizmu, zaczynał – ku swemu niezadowoleniu – od prostych przebudów. Paradoksalnie są to najpełniejsze realizacje idei metabolizmu, który stał się później działaniem bardziej estetycznym niż systemowym. W 1956 Kikutake zbudował drewniany hotel dla pielęgniarek na dachu żelbetowego szpitala w Kurume. Tam powtarzalne izby są połączone wspólną przestrzenią, otwartą z dwóch stron na tarasy. Do budowy przedszkola Eifukuji (1956) architekt wykorzystał wiązary z nieczynnej fabryki Bridgestone. Zaadaptowane drzwi i duże okna służą dla dorosłych, a mniejsze dla dzieci – jako połączenie z placem zabaw.  Projekty te opierały się więc na pomysłowym użyciu gotowych elementów, które lekko modyfikowano do nowych funkcji. Szkoda, że tak niewiele o nich wiemy, a architekt pomija je na swojej oficjalnej stronie.

Drewniana nadbudowa szpitala, Kiyonori Kikutake 1956

Elewacja przedszkola z odzyskanych fabrycznych okien, Kiyonori Kikutake 1956

Elewacja przedszkola z odzyskanych elementów hali Bridgestone, Kiyonori Kikutake 1956

Korzystałem z: Japan Architect 73/2009

Chińczycy chcieli mieć u siebie wymarzone niemieckie miasto – kamieniczki i konstrukcje szachulcowe. Zlecili je architektowi, który bez cienia wątpliwości kojarzy się z niemiecką tradycją – Albertowi Speerowi młodszemu. To był błąd.

Zaplanowane graffiti, fot. Xifan Yang (Spiegel)

Media obiegły ostatnio informacje o chińskich miastach duchów. Z jednej strony są to bańki spekulacyjne, miejsca źle skomunikowane i w niedobrych lokalizacjach. Jednak częściową winę za porażkę ponoszą europejscy architekci, nie znający kontekstu społecznego ani Feng Shui. O jednym z nowych osiedli doniósł ostatnio Spiegel. Domy nie przypominają tu tyrolskich chat, ani kamieniczek średniowiecznych. Są raczej kopią zabudowy charakteryzującej współczesne niemieckie dzielnice mieszkaniowe z ich nieznośną poprawnością i porządkiem. Biuro Speera zaproponowało dość sensowny projekt – ani za bardzo klasyczny, ani ekstrawagancki – w kategoriach eksportowych po prostu nijaki. Nie pomagają zaplanowane z góry graffiti, ani pomnik Schillera i Goethego. Całość inwestycji została dobita sąsiedztwem fabryki (uwaga!)… Volkswagena. Niemcy po raz kolejny okazali się mało romantyczni.

Sąsiad - fabryka VW, fot. Xifan Yang (Spiegel)

Na podstawie artykułu: Xifan Yang, Menagment Disaster, Spiegel Online International

Marek Młodecki 1972

W 1972 student WA Politechniki Warszawskiej Marek Młodecki obronił dyplom wypromowany przez Zbigniewa Wacławka (Instytut Projektowania Architektonicznego). Na Placu Defilad przy Pałacu Kultury zaprojektował przestrzeń rozrywki kulturalnej jako kontrę dla stalinowskiego gmachu. Najbardziej charakterystycznym elementem budynku jest niezabudowane przyziemie, gdzie użytkownicy mogą zbierać się przy ogniskach. Czuć tu atmosferę wolności, potrzebę innego od oficjalnego stylu życia. Wtedy świeże w pamięci warszawiaków były wydarzenia marca 1968 czy koncert Rolling Stonesów w kwietniu 1967. Ognisko w centrum stolicy było wyrazistym manifestem na rzecz swobodnych zachowań i nieformalnych spotkań.

Rzut przyziemia, proj. Marek Młodecki 1972

Projekt opublikowany w Architekturze został zauważony przez brytyjskie media. W Architectural Design, gdzie prawie nie wspominano o budynkach zza żelaznej kurtyny, pojawiła się o nim wzmianka. Dowiadujemy się z niej, że polski magazyn jest najżywszy w porównaniu do odpowiedników z krajów bloku wschodniego. Redaktora ujęły słowa Młodeckiego o metafizycznych funkcjach, tj. przygotowywaniu strawy (pieczeniu kiełbasek na wolnym ogniu), ale jak zauważył: trudno wyobrazić sobie Warszawiaków przyjmujących to rozwiązanie jako alternatywę dla wódki [!]. Biedny Anglik nie wiedział, że przy ognisku wóda wchodzi tak samo.

Przekrój, proj. Marek Młodecki 1972

Źródła: Architektura 8-9/1972 s. 319-323; AD 1/1973 s. 49.