Dårker shäde of päle

Tekst: Mikołaj Smoleński

Są filmy gdzie nienajgorzej zrealizowana  i ciekawa wizja filmowa  nie idą w parze z dobrze opowiedzianą historią, lub takie gdzie nienajgorszy lecz ubrany w fajerwerki produkcyjne scenariusz docięty jest do formatu kina rozrywkowego, w którym nadmierny autentyzm jest wrogiem box office’u. W obu wypadkach, aby nie żałować wydanych na kino pieniędzy, warto na własny użytek nauczyć się sztuki ‚przestawiania ostrości widzenia’ z planu głównego na plan dalszy. Sztukę tę z powodzeniem zastosować można oglądając niedawną produkcję Dziewczyna z tatuażem. W miarę niezła, choć niekiedy ocierająca się niestety o banał, historia kryminalna staje się niesłychanie interesująca gdy potraktować ją jako prawie trzygodzinną wycieczkę w nie do końca znany, słabo obsługiwany przez tanie linie lotnicze, rejon kontynentu.

W powszechnej, tabloidowej opinii Skandynawia – w tym konkretnym przypadku Szwecja – to kraina niezmąconego bezpieczeństwa socjalnego, folkhemmet, wioska dzieci z Bullerbyn – gdzie wyznawaną religią nie jest luteranizm, ale obsesyjnie przestrzegana ekologia, gdzie warto pojechać na ryby z namiotem i gdzie nie trzeba zostawiać włączonego alarmu w samochodzie. Kolektywny autoportret sporządzany przez Szwedów mocno ten obraz nadwyręża. Twórczość filmowa Roya Anderssona  (Do Ciebie Człowieku, Pieśni z drugiego piętra), felietony Macieja Zaremby – redaktora Dagens Nyheter (Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji) odsłaniają niepiękne oblicze Szwedów – niedojrzałość życiową, skrajny indywidualizm, alienację i znieczulicę społeczną, absurdy biurokratyczne, oraz nieodpokutowane grzechy dużo grubszego kalibru: eugenikę i romans z nazizmem.

Ciemne wnętrza, ponure plenery oraz ludzie znużeni pracą i znużeni wypoczynkiem. Kadry z filmu Pieśni z drugiego piętra reż. Roy Andersson

Większość pozycji z powyższego katalogu z powodzeniem odnajdujemy w Dziewczynie z tatuażem oraz jej wcześniejszej, szwedzkiej wersji Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Na przestrzeni ostatnich dwóch dekad następowało bowiem powolne ale konsekwentne odmitologizowywanie sielskiego obrazu znanego powszechnie z katalogów IKEI.

Jeden jednak mit wciąż trwa niewzruszony – to mit skandynawskiej architektury – mit krajobrazu idealnego, pocztówkowych miast i designerskich wnętrz. Mit ten nie jest fałszywy ale jak każdy mit żyje w pewnym oderwaniu od rzeczywistości. Niuanse pomiędzy prawdą, a o niej wyobrażeniem doskonale widać gdy porównać ekranizację szwedzką z ekranizacją holywoodzką. Niemalże identyczne scenariusze praktycznie same proszą się o odruchowe porównania. Dopiero wtedy widać jak różne są domy, biura, bary, ulice w jednym i w drugim filmie.

Scena szarpaniny w metrze. U Finchera stal nierdzewna, zmysłowa twarz na plakacie i kliniczne jarzeniówki; w wersji szwedzkiej brudne kafelki, zabazgrana tablica i liche światełko.

Dom Martina Vangera. U Finchera minimalizm, dyskretne oświetlenie i eleganckie stroje; w wersji szwedzkiej stare meble, bukiecik na stole i koszula flanelowa.

Biuro w Milton Security. U Finchera sterylne, monochromatyczne wnętrze i ciemne garnitury; w bardziej shumanizowanej wersji szwedzkiej: rośliny doniczkowe, drewniane boazerie i tweedowa marynarka.

Oglądając wersję szwedzką dużo mocniej odczuwa się autentyczność plenerów i scenografii. W zestawieniu z fajerwerkiem postprodukcyjnym wersji holywoodzkiej  gdzie wszystkie obrazy są doskonałe, te wydają się być jednak pełne wad i skaz.  Bywają brzydkie i niefotogeniczne lub gdy niebrzydkie, to, o zgrozo, do bólu przeciętne.  Trudno dociec gdzie leży pierwotna przyczyna dla tej różnicy. W dużej mierze jest nią z pewnością stereotyp tego jak wygląda i jak winna wyglądać  Skandynawia (W podobny sposób idealizowany jest w kinematografii amerykańskiej Paryż). Na to nakłada się dodatkowo przemożny paradygmat ‚postprodukcyjnej kosmetyki’, w myśl którego nie wypada pokazywać świata bez makijażu. Kropkę nad „i” stawia z pewnością wizualny perfekcjonizm Finchera.

Sterylne, przeestetyzowane wnętrza i obrazy są jednak równie nieprawdziwe jak nieskazitelna blada cera niedosypiającej, palącej jak smok i odżywiającej się wyłącznie śmieciowym żarciem Lisabeth w wydaniu Rooney Mary, gdy porównać ją z ospowatą, zmęczoną i rozedrganą twarzą Noomi Rapace.

Reklamy
3 comments
  1. Anonim said:

    Ciekawy text, spostrzegawczy i śmiały. Pozdrawiam

  2. Wasp. said:

    Coś w tym jest. Faktycznie oglądając wersję holywoodzką odbieram ją jak każdy inny film- za pierwszym razem ok, świetnie, ale kiedy oglądam to 2,3 raz zaczynam dostrzegać, że historia panny Salander została ogołocona, że COŚ jest nie tak jak powinno. Oglądając wersję sąsiadów z za morza czuję ciarki. Oglądam to 3,4,5 raz i chcę więcej, bo mam wrażenie, że czegoś jeszcze nie zauważyłam, że jeszcze nie wchłonęłam pod skórę tej atmosfery- prawdziwej, szczerej. Bardzo dobry tekst. Pozdrawiam :)

  3. Erloy said:

    Produkcja amerykańska filmu dużo bardziej oddaje klimat książki niż szwedzka. Również Rooney Mara grająca Salander jest bardziej autentyczna. Co do wnętrz biur to warto przejechać się do Szwecji i osobiście zobaczyć jak to wygląda. Może się okazać, że Fincher wcale nie przesadził.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: