Ciekawe OKOliczności

Tekst: Mikołaj Smoleński

Budowa i funkcjonowanie ludzkiego oka sprawiają, że nie jest ono jednakowo czułe na różne barwy. W zakresie widzenia dziennego – barwnego, za które odpowiedzialne są komórki zwane czopkami, siatkówka najczulsza jest na światło  zielono-żółte o dł. 555nm. Jest to kolor odpowiadający w przybliżeniu barwie odblaskowych markerów lub kamizelek ochronnych. Ta niejednorodna wrażliwość w odbiorze kolorów ma swoje prozaiczne konsekwencje. Do uzyskania np. 1 lumena światła czerwonego o dł. 700nm potrzeba już 25 razy więcej energii niż dla 1 lumena światła zielono-żółtego. Dla uzyskania 1 lumena światła niebiesko-fioletowego o dł. 400nm potrzeba aż 2 400 więcej!

Najlepiej postrzegana przez oko, zielono-żółta barwa

Nic więc dziwnego, że producenci oświetlenia w okresie powojennego rozwoju miast i motoryzacji szukali tanich źródeł światła, które uwzględniałyby tę niejednorodną wrażliwość spektralną oka. Najbardziej obiecująco wyglądały wynalezione jeszcze na przełomie lat 20 i 30 niskoprężne sodowe lampy wyładowcze. Po rozwiązaniu kilku problemów technicznych okazały się bardzo tanie w produkcji, a co najważniejsze, całą energię zamienianą w światło pompowały one w żółto-pomarańczowe pasmo o długości 589nm, czyli bardzo bliskie maksymalnej czułości oka. Do dziś jeszcze nie opracowano wydajniejszego źródła światła.  Kryzys paliwowy z roku 1970 oraz opracowanie wysokoprężnych źródeł sodowych, o nieco lepszych parametrach oddawania kolorów, ostatecznie przeważyły o ich sukcesie. To właśnie za ich sprawą większość miast w nocy spowija brudno-pomarańczowy całun, szczególnie intensywny tam, gdzie występują zimowe opady śniegu.

Światło sodowe znienawidzone przez wielu projektantów zostało przez całą resztę świata zaakceptowane do tego stopnia, że gdy we Wrocławiu w listopadzie 2004 chciano wymienić oświetlenie w Rynku na białe zawiązał sie protest obywatelski, który doprowadził skutecznie do przewrócenia poprzedniego stanu rzeczy. Produkcja sodowych źródeł światła w myśl dyrektywy europejskiej ma być zaprzestana do 2014. Scenariusz ten jednak ulegnie pewnie rewizji. Ciekawostką jest też to, że część nowszych źródeł światła produkowana jest obok wersji białej, również w wersji „gold”.

Wszechobecna sodumizacja krajobrazu

Równie interesująca jest historia zielonego oznakowania dróg ewakuacyjnych. Przez kilka dekad panowała w tej kwestii całkowita dowolność. Dopiero początki globalizacji, rozwój międzynarodowych kontaktów biznesowych i turystyki zrodziły potrzebę standaryzacji oznaczeń i rozwoju języka piktogramów. W późnych latach 70. japońskie stowarzyszenie bezpieczeństwa pożarowego ogłosiło konkurs na nowy piktogram. W odpowiedzi przyszło 3 300 zgłoszeń, które poddano bardzo rygorystycznym testom w warunkach zadymienia i ograniczonej widzialności. Ostatecznie wybrano propozycje japońskiego designera Yukio Ota, czyli znanego nam dziś zielonego ludzika wybiegającego przez drzwi. Od tamtej pory znak ten święci nieustanne tryumfy.

Yukio Ota ze zwycięską propozycją konkursową i tradycyjne oznakowanie w USA

Europejska wersja ludzika została oficjalnie zadekretowana dyrektywą Komisji Europejskiej w roku 1992. Ostatnim bastionem, który opiera sie jego przyjęciu są Stany Zjednoczone, gdzie od początku XX w. funkcjonuje święcący się na czerwono angielski napis EXIT (Amerykanie nie musieli się konfrontować z wielością języków). Jednak i tam zdecydowano się w pierwszej kolejności do zmiany koloru czerwonego – kojarzącego się z zakazem – na zielony.

Dobra widoczność w warunkach braku lub ograniczonego oświetlenia

Kolor zielony ma ponadto przewagę związaną właśnie z fizjologią widzenia. W widzeniu nocnym za które odpowiedzialne są w oku, nie dające wrażenia barwnego pręciki, kolor czerwony jest niewidoczny, najlepiej zaś postrzegany (jako biały) jest kolor zielono-niebieski o dł. fali 507nm. W ciemnych i zadymionych pomieszczeniach, lepiej sprawdzają się więc zielone luminescencyjne znaki niż oznakowanie czerwone. Drugą kwestią jest to, że nawet w warunkach widzenia dziennego i zmierzchowego (mieszanego) kolor czerwony, w przeciwieństwie do zielonego, jest bardzo słabo postrzegany w widzeniu kątowym. Aby się o tym przekonać trzeba przyjrzeć się logu Google ze wzrokiem skierowanym poza ekran.

Aby przeczytać inne teksty Mikołaja Smoleńskiego na blogu (NIE)POKOJE kliknij tutaj.

Reklamy
2 comments
  1. bulba said:

    „W widzeniu nocnym za które odpowiedzialne są w oku, nie dające wrażenia barwnego pręciki, kolor czerwony jest niewidoczny”.

    Autor albo niepotrzebnie zradykalizował podstawy fizjologii widzenia, o których pisze, albo faktycznie nigdy nie widział czerwonego światła w nocy. Ja widzę je doskonale, podobnie jak większość populacji.

    • mikołaj said:

      W większości przypadków intensywne czerwone światło ( sygnalizatory uliczne, czy światła stopu w samochodzie) jest widziane, bo jego dostateczne natężenie pozwala oglądać je już dzięki widzeniu fotoskopowemu (dziennemu). Elementy nie emitujące światła a mające kolor czerwony (np. tabliczki oznaczeniowe) , w widzeniu skotopowym (nocnym) są czarne. Jest to konsekwencją tzw efektu Purkyniego.
      http://en.wikipedia.org/wiki/Purkinje_effect
      W sytuacji np zadymionego długiego korytarza widoczność może być tak ograniczona że oświetlenie czerwone o słabym natężeniu w widzeniu przejściowym – tzw zmierzchowym będzie słabiej widoczne, czy wręcz przy większej odległości niewidoczne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: